Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

31.03.2023

Kamienny Lincoln.

Wiersz o tym, co może nas spotkać jak będziemy przemieszczać się z kamiennym popiersiem kogoś ważnego np. prezydenta Lincolna. 

,,Kamienny Lincoln"

Zabieramy kamiennego Lincolna z nami,
Siedzi sobie spokojnie, nie myśląc o niczym,
Obok ma swoje kufry,
(Chociaż nie wiem czy pochodzą z epoki). 

Jego posągowa postać,
Odcina się od samochodu,
Nowoczesność, nie do twarzy mu z nią. 

Zdjęcie na pamiątkę wydarzenia,
Dziwić się mogą niektórzy. 

17.01.2022
Pozdrawiam!

12.09.2022

Cel.

Wiersz powstał jako moje pytanie o sens tworzenia, a może szerzej o sens właściwie wszystkiego. 

,,Przytłacza mnie świadomość, że jestem tylko biedną małpą, która ryje coś tam na ścianach jaskini. Dla kogo? Po co?..." 

Zdzisław Beksiński

,,Cel"

Czasem tak jak powiedział Mistrz,
Mam chwile zwątpienia,
Po co, dla kogo coś piszę,
Jeśli świat prawdziwy nie istnieje. 

Jeśli to tylko wymysł mojej głowy,
Matrix czy coś w tym tonie,
Dla kogo piszę, dla siebie,
Czy dla kogoś w tym świecie,
(Kto się w nim wyroi). 

Jaki mam cel w tym wszystkim,
Samolot na wieczornym niebie,
Dziwnie migają światła,
Chcę tam, chcę polecieć gdzieś,
Przed siebie, w dowolne miejsce. 

Wtedy może przestanę być małpą,
Ryjącą napisy na ścianach, 
A zacznę przypominać twórcę. 

12.02.2022
Pozdrawiam!

7.07.2020

Doskonałe pojazdy.

Tym razem wiersz inspirowany dziwnym zdjęciem/obrazem. Autor przedstawił na nim dość duże urny (albo podobne naczynia), a tytuł dzieła był angielskim odpowiednikiem tytułu wiersza.

,,Doskonałe pojazdy"

Urny na prochy są według mnie,
Doskonałymi pojazdami.

Delikwent wrzucany jest,
Do środka, napęd wspomnieniowo-
Anegdotyczny sprowadza się idealnie.

W Kosmos można wyruszyć,
Urna idealnym pojazdem.

27.04.2020
Pozdrawiam!

11.05.2020

Bertha.

Wiersz będący nawiązaniem do piosenki grupy Stone Sour.

Dla S.J.

,,Bertha"

Chodź najmilsza ze mną dziś,
W auto skok, na autostradę,
Popatrz tylko jaki wielki,
Jak olbrzymi ten nasz świat.

W surowości pewnych miejsc,
Nasza miłość zwiększy się,
Bliskość duszy, ciała bliskość,
Bertha będę krzyczał w noc.

Dalej jeszcze, za horyzont,
Słońce zwiększa się co krok,
Koło tęczy zamieszkamy,
Pod chmurami Arkansas.

Jeśli kiedyś gdzieś zaginiesz,
Albo pójdziesz w piasku dal,
Będę krzyczał każdej nocy,
Twoje imię, Bertho wróć!

24.03.2020
Pozdrawiam!

1.09.2019

Samoloty nad miastem, cz. III, rozdziały 1-2.

Część III.

1.
Podróż powrotna nie obfitowała w większe problemy. Jedynym mankamentem było nie domykające się okno, przez które do przedziału dostawało się chłodne powietrze, które spowodowało, że czułem zło całego świata na sobie.[1] Po czasie mogłem jednak stwierdzić, że taka sytuacja była wręcz błogosławieństwem. Gdy dojechałem do swojego miejsca, gdzie żyłem zrozumiałem niemal od razu co chciał ode mnie ten znajomy. Plan jaki narodził się w jego głowie można porównać jedynie do wcielenia jakiegoś zwierzęcia w szeregi rządzących[2]. Miałem zostać twarzą, dosłownie twarzą nowej grupy poetyckiej jaka miała niedługo powstać w moim mieście. Na początku uznałem pomysł za zbyt absurdalny, by uczestniczyć w nim. Po namowach znajomego, który w tej dziedzinie osiągnął językowo-logiczne K2, zmieniłem zdanie. Moja rola nie ograniczała się jedynie do sprzedania wizerunku, miałem jeździć po mieście piętrowym autobusem, po drodze przez megafony prezentowałbym swoje wiersze, ludzie idący za autobusem dośpiewywaliby różne zakończenia do utworów, które zdaniem pomysłodawcy miały tworzyć świat absurdu. Po kilku godzinach męczenia mnie przez tego kolesia uznałem, że czas udać się do domu. Tak też zrobiłem. Pierwszy nadjeżdżający tramwaj wchłonął mnie w swoje czeluści, metaforycznie pozbawił mnie głowy[3], po czym wypluł w okolicy mojego poetyckiego gniazdka. Wchodząc po schodach klatki wiedziałem już, że coś jest nie tak. Nie wiedziałem tylko jak bardzo.

2.
Gdy zbliżałem się do drzwi mieszkania słyszałem już nietypowe jak na nie odgłosy. Przekręcając klucz w zamku zrozumiałem kto czeka na mnie w środku. Był to mój Mistrz, od którego uczyłem się tajników pisania wszelkiego rodzaju tekstów. Człowiek ten przerażał wszystkich wkoło, miał jednak do tego taki ładunek charyzmy w sobie, że strach szybko ustępował zaciekawieniu, a jego wywody stawały się wyznacznikiem dla kolejnych lat życia. Kiedy drzwi nie ustępowały pomyślałem sobie o jedynym możliwym wyjaśnieniu, Mistrz zamknął łańcuch. Szybkim ruchem musiał odblokować skrzydło, wpadłem bowiem  z impetem do środka. Mój nauczyciel pochylał się nade mną i coś mówił. Dopiero po chwili zrozumiałem o co chodzi, wiedział już jak sprzedałem swoją sztukę i siebie dla idei niejasnej, niepewnej i co najważniejsze starej. Mentor chwycił mnie za ramię, posadził na fotelu pod oknem i zaczął mnie pouczać. Od razu cofnąłem się w czasie do momentu, gdy oddałem mu swój pierwszy wiersz. Jego ton głosu, zimny niczym wody Morza Północnego, spojrzenie spod krzaczastych brwi, wszystko to porażało. Tym razem chodziło o sprawę o wiele bardziej podstawową,  której nie dało się łatwo poprawić, tak jak złego wiersza. Mój przewodnik rozpoczął wykład o tym, jak źle jest sprzedać siebie i swoją twórczość dla idei, która w żadnej mierze nie pokrywa się z naszymi wewnętrznymi kierunkowskazami. Kiwałem bezmyślnie głową, nie docierało do mnie jednak zbyt wiele, z tego co mówił do mnie ten człowiek-wzór. W końcu dotarło do mnie, że mój Mistrz nie jest z nami już od minimum dekady, uznałem to tak realne widziadło za coś w rodzaju ostrzeżenia. Po ochłonięciu w pewnym stopniu zacząłem się zastanawiać co mogę zrobić. Nie za bardzo wyobrażałem sobie swoją odmowę, uważałem bowiem zgodę wyrażoną za coś obligującego mnie do spełnienia jej. Podejście takie działało szczególnie mocno w przypadku obietnic, które po wstępnym przemyśleniu uznawałem za głupie, nie do spełnienia, jednak w czasie decydowania zupełnie nie miałem takiej świadomości. Moja umiejętność mówienia ,,nie” przypominała mniej więcej możliwość pisania muzyki przy moim braku słuchu[4]. Mimo koszmarnych wspomnień związanych z niedawnym widziadłem zdecydowałem się uczestniczyć w tym upokarzającym jak się później okazało projekcie.



[1] Autor nawiązuje do znanego powiedzenia o wianiu złem (w oryginale bardziej dosadnie).
[2] Porównanie do sytuacji ze starożytnego Rzymu.
[3] Nawiązanie do piosenki Lao Che pt. ,,Życie jest jak tramwaj” oraz ,,Mistrza i Małgorzaty”.  
[4] Autor w przeszłości próbował tworzyć proste melodie w programach komputerowych. Szczególnie upodobał sobie hip-hop, techno i dance. Po pewnym czasie porzucił jednak taką twórczość na rzecz operowania słowem.


Pozdrawiam!

29.08.2019

Samoloty nad miastem, cz. II, rozdziały 13-16.

13.
Zrezygnowany postanowiłem dołączyć do mojej Muzy pod Wiedniem. Wiedziałem już, że w kraju nie powstaną żadne nowe budynki.

14.
Ruszyłem na dworzec, pech chciał postawić na mojej drodze jakiegoś głupka w taksówce. Gdy chciałem przejść przez ulicę on ruszył swoim Passerati, wjechał w kałużę znajdującą się przy krawędzi chodnika z ulicą, a następnie odjechał jak gdyby nigdy nic. Przemoczony niemal do suchej nitki wszedłem na teren dworca. Minąłem grupkę Azjatów, nie mam pojęcia do dziś skąd byli, jednak po intensywności robienia zdjęć mogli być z Japonii. Zrozumiałem też jak może czuć się przedstawiciel jakiegoś mało znanego plemienia z Amazonii czy Afryki, któremu badacz kultury świata próbuje zrobić zdjęcie. Mit o kradzieży duszy człowieka w ten sposób też wydał mi się jakby bliższy prawdy. Sam miałem wrażenie jakbym pod wpływem zdjęć robionych przez tych ludzi stracił część siebie. Może to nie byli Azjaci, a jacyś przybysze podszywający się pod nich? Po powrocie do swojej krainy zbierają kawałki skradzionych dusz i łączą je ze swoimi. Na dalsze rozmyślania nie było czasu, bowiem nadjechał mój pociąg. Miałem nadzieję na przyjemną podróż, rzeczywistość okazała się mniej miła. W środku wagonu, gdzie miałem zarezerwowane miejsce siedziała już cała zgraja kibiców, od razu po wejściu zostałem wypytany o swoje ulubione drużyny. Jakimś cudem udało mi się odpowiedzieć po ich myśli, jednak przez resztę podróży byłem obserwowany. Pewnie chodziło o to jak wyglądałem po spotkaniu z głupkiem w taksówce. Nie miałem specjalnie możliwości przebrania się w lepsze ubrania, siedziałem więc w przedziale w stroju przypominającym uniform hydraulika. Kibice dość szybko odpadli z rzeczywistości po użyciu magicznych płynów z procentami. Dalsza podróż w okolice Wiednia przebiegła bez problemu.

15.
Nad ranem opuściłem pociąg na dość zapuszczonym dworcu. Przywitała mnie fala spojrzeń, widocznie miejscowi nie przywykli do takich widoków jakie im zapewniłem. Dziwne, szczególnie biorąc pod uwagę fakt przebywania na ich terenie malarza, oni podobno mają dopiero gust odzieżowy. Muza powitała mnie przed budynkiem dworca, wysiadła ze starego, choć bardzo zadbanego kabrioletu. Na moje oko mógł to być jakiś model  Austina, za kierownicą siedział chyba malarz, do którego moja towarzyszka dołączyła. Po paru minutach jechaliśmy dość krętymi drogami, do domu Hansa (tak miał na imię malarz), wykorzystaliśmy czas dojazdu na poznanie się nieco bliżej. Hans okazał się być dość podobny do mnie, szczególnie w sposobie korzystania z pomocy Muzy. Widać było, że zmiana otoczenia i artysty działa na nią dobroczynnie.  Bardzo cieszył mnie taki obrót spraw, zwłaszcza mając w pamięci dawne zdarzenia z jej życia.

16.
Spędzaliśmy czas głównie na artystycznych działaniach. Hans korzystał z natchnienia w sposób, jaki nigdy wcześniej nie przyszedł mi do głowy. Szedł sobie na jakiś czas, nieokreślony wcześniej, nasiąkał różnymi zdarzeniami, po czym nie oddawał ich w pełni na obrazach. Tworzył coś na kształt plam pamięci, ja po przesiąknięciu jakimiś zdarzeniami przelewałem na papier ich ubarwione, aczkolwiek dość bliskie oryginałowi szkice. Nauczyłem się przy nim bardziej malarskiego podejścia do pisania, szukałem słów, które stawały się czymś jak u niego kolor, kształt czy intensywność barwy. On nauczył się ode mnie patrzenia na świat w nieco absurdalny sposób, nie zawsze związany z rzeczywistością.  Gdy minął miesiąc wspólnych działań dostałem telefon od mojego znajomego z domu, okazało się, że jestem mu niezwykle mocno potrzebny, jak najszybciej to możliwe. Nie chciał mi nic powiedzieć przez telefon, zrezygnowany opowiedziałem o wszystkim towarzyszom. Uznali, że sami poradzą sobie z odtwarzaniem świata w formie obrazów, mam się nie martwić i załatwiać swoje sprawy. Hans powiedział też, że jeśli tylko będę chciał mogę do niego przyjechać. Podziękowałem dość ogólnie, próbowałem się wykpić, jednak nie za bardzo mi to wyszło[1]. Gospodarz odwiózł mnie na dworzec, po czym zaczekał jeszcze jak pomacham mu z okna wagonu. Zrobiłem to z mieszanką wstydu za swój brak asertywności i smutku, musiałem zostawić ważną dla siebie osobę wraz z mężczyzną, którego uznałem za godnego zastępcę na jakiś czas.



[1] Jak w przypisie 25.

Pozdrawiam!

23.08.2019

Samoloty nad miastem, cz. II, rozdziały 7-8.

7.
Akurat w tamtej chwili nie było zapowiedzi żadnego ciekawego występu. Stwierdziłem, że najlepszym wyjściem będzie pokręcenie się pod symbolem miasta, wielkim drapaczem chmur sprzed wielu lat. W okolicy zawsze kręcili się ciekawi osobnicy, tym razem także trafiłem na jednego. Czuć było już jak blisko zaprzyjaźnił się z butelką, bynajmniej nie soku, widać było, że w kieszeni ma puszkę złocistego napoju, którą z nabożną czcią przytrzymywał sobie ręką. Zadał mi bardzo trudne pytanie, gdzie według mnie ma się schronić, by móc w spokoju wychylić jej zawartość. Spojrzałem na niego jak na dziwaka, on zaczął się nakręcać, pytał czy ktoś mu pomoże, bo pytał co najmniej dwudziestu osób, każdy szedł dalej, udając nieistnienie tego gościa. Ja też nic mu nie mówiłem, szczerze podchodząc do tematu wiedziałem właściwie zero na temat tego jak wypić piwo w mieście i nie być złapanym przez jakieś służby. Gość w końcu odczepił się ode mnie, grzecznie przeprosił za męczenie mnie i oddalił się w sobie tylko znanym kierunku[1]. Odetchnąłem z ulgą, nie byłem w stanie znieść już jego zachowania, jego podejścia do ludzi, którzy mogą nie wiedzieć jak rozwiązać jego problemy. Dla dalszego odprężenia postanowiłem odwiedzić zagrożone do niedawna likwidacją muzeum. Parę miesięcy wcześniej słyszałem o przepychankach słownych i na piśmie między ministrem zajmującym się muzeami, a miastem. Nikt nie chciał płacić zaległości muzeum, powstałych nie wiadomo (w uznaniu obydwu stron) dzięki komu. Ostatecznie niemalże w ostatnim dniu urzędowania tej placówki, gdy większość eksponatów była gotowa do rozwiezienia w parę miejsc w kraju podjęto decyzję, że jednak muzeum może dalej istnieć. Wszedłem do środka, kupiłem bilet, po czym ruszyłem na podziwianie kolejnych sal panoptikum. Szczególnie interesowały mnie stare maszyny do pisania, ze względu na moje zajęcie wydawało się to dość logiczne. Szybko przeczesałem kolejne pomieszczenia, w końcu dotarłem do królestwa z tymi urządzeniami. Niemal wszystkie zrobiły na mnie wielkie wrażenie, choć w podświadomości miałem myśl o małej przydatności w XXI wieku takich maszyn, to świadomość kusiła mnie, abym znalazł jakąś dobrej firmy i nauczył się z jej pomocą tworzyć swoje dzieła. Siedzący do tej pory pod ścianą mężczyzna, pewnie opiekun sali wstał i zaczął zbliżać się w moją stronę. Wyraził zdziwienie, że ktoś chce podziwiać jeszcze takie wytwory ludzkich rąk. Wyjaśniłem mu krótko czym się zajmuje, on z uznaniem kiwał głową, po czym zaproponował mi kupno machiny. Z początku broniłem się, tłumaczyłem jak niewprawionym mogę być użytkownikiem, że mogę zniszczyć taki eksponat. On zaśmiał się i wyjaśnił mi swoje zamiary. Nie chciał sprzedawać niczego z wystawy, miał jeden egzemplarz w swoim kantorku. Podał wstępną cenę, od której zakręciło mi się w głowie. Nie chcąc go urazić obiecałem przemyślenie sprawy, niemal truchtem opuściłem muzeum, wiedziałem już, że raczej tam nie wrócę. Miałem jeszcze nieco czasu przed swoimi codziennymi obowiązkami w postaci pisania kolejnych rozdziałów powieści, postanowiłem więc podejść kawałek do pasażu handlowego, aby popatrzeć sobie na ludzi. Zawsze, gdy jestem w mieście, swoim czy jakimś innym lubię popatrzeć sobie na jego mieszkańców. Wnioskuję zawsze po zobaczeniu kilkudziesięciu, albo nawet kilkuset osób, jaki jest wiodący styl miasta, co jego mieszkańcy lubią robić w wolnych chwilach, ogólnie czerpię inspirację do swoich działań literackich. Tym razem zawiodłem się nieco, główny trzon przechodniów stanowili barczyści panowie, ubrani w większości w podobne bluzy z kapturami, ich szyje zdobiły złote łańcuchy i szaliki z barwami klubowymi. W rękach mieli butelki piwa i bilety na najbardziej ultras trybunę na stadionie. Wolałem przeczekać ich przemarsz w pobliskim sklepie z płytami. Znałem mniej więcej właściciela, parę razy kupowałem u niego jakieś płyty CD z muzyką. Dziś jednak nie dopisało mi szczęście. On też należał do ultrasów, dziwne, bo w czasie tych kilku moich wizyt u niego nic na to nie wskazywało. Wycofałem się więc zupełnie i poszedłem w kierunku palmy będącej nieoficjalnym symbolem miasta. Zaryzykowałem nieco swoje zdrowie i życie przedzierając się pod jej podstawę. Tam postanowiłem usiąść i pomyśleć nad kilkoma szkicami nowych dziełek. Nic szczególnego nie udało mi się wymyślić, podszedłem więc do pobliskiego muzeum. Swoją drogą zadziwiające jest to, ile w tym moim mieście jest tego typu przybytków kultury. Czyżby mieszkańcy w czyichś oczach uchodzili za wzorzec chamstwa? Właściwie nie zastanawiałem się nad tym głębiej w przeszłości, nie jestem nawet pewny czy w ogóle ktokolwiek starał się rozwiązać problem z bardziej naukowej strony. Gdy byłem już blisko budynków muzealnych do moich uszu zaczęły docierać dźwięki przetworzone przez megafon. Wyraźnie i tu dotarli ci szaleńcy z parku. Szybko zmieniłem swój plan i zszedłem na dół, schody poprowadzono w zapuszczonej do granic możliwości wieżyczce mostu, musiałem niemal biec, taki fetor docierał momentami do mojego nosa. Wróciłem do domu, zjadłem coś na obiad połączony z kolacją, po czym walnąłem się do łóżka.

8.
Po przebudzeniu się następnego rana uznałem, że należy skorzystać z dość ładnej pogody, postanowiłem odwiedzić kompleks leśno-parkowy, znajdujący się ni to w granicach miasta, ni to poza nim. Po szybkim śniadaniu udałem się na przystanek, wiedziałem jak długa czeka mnie podróż, jednak wiedziałem też co czeka mnie na miejscu docelowym. Jazda nie dłużyła mi się wcale, choć do pokonania miałem jakieś 30 parę przystanków. Atrakcje zapewniła mi pewna młoda dama, której dziecko spało sobie w wózku, towarzyszył jej postawny facet, który jak się później okazało był jej bratem. Na początku rozmawiali między sobą, potem kobieta zauważyła sąsiadkę, nie wiem tylko czy z miejsca jej zamieszkania, a może była to tylko jakaś znajoma. Ta druga babka była zdecydowanie starsza, pamiętała jak ta pierwsza dama i jej brat łazili po okolicy robiąc przy okazji różne dziwne rzeczy. Po paru zdaniach rozmowa zeszła na niebezpiecznie grząskie tematy związane z właścicielami kamienic, którzy mają dość niejednoznaczną proweniencję, a ich jedynym marzeniem jest wykurzenie ludzi z ich nieruchomości[2]. Na szczęście białogłowa wysiadła po jakichś 10 minutach gadaniny, w pojeździe zapanował dziwny spokój. Reszta podróży minęła mi dość przyjemnie. Na miejsce dotarłem po mniej więcej godzinie od wyjścia z domu. Wysiadłem na osamotnionym przystanku, który sąsiadował bezpośrednio z terenem zielony, gdzie chciałem spędzić choć część dnia. Przypomniałem sobie, że wiele lat temu na parkingu znajdującym się po drugiej strony od przystanku stało wesołe miasteczko. Z radością miało ono niewiele wspólnego, wszystkie atrakcje były osnute czymś na kształt mgły dziwności, jakby cała ekipa lunaparku przybyła z bardzo daleka do naszego kraju. Nie wiem czemu od razu nasunęło mi się wtedy skojarzenie z podobnym miejscem, nie działającym od lat z powodu zanieczyszczenia środowiska przez elektrownię atomową. Dziś nie wiem czy była to prawda czy tylko mój umysł dziecka działał na jakichś innych falach rejestrując rzeczywistość, po czym przetwarzał ją na swoją modłę. Nie rozwodziłem się więcej nad tym co widziałem na parkingu wiele lat temu, chciałem jak najszybciej pooddychać dobrym powietrzem. Gdy tylko wszedłem w drzewa, w las odczułem kolejną falę jakby nostalgii. Wtedy, wiele lat temu przy ławkach stały kosze przypominające ponury żart architekta. Miały kształt walca, a ich górne części były stylizowane na muchomory. Tak jak w przypadku mało wesołego miasteczka tak i w tym momencie nie wiedziałem czy to co podpowiada mi mózg jest prawdą czy nie. Szczerze mówiąc bałem się nieco swoich wspomnień, bo wynaturzone pewne elementy nie przywodziły za sobą nic dobrego. Szybko odgoniłem od siebie złe myśli, odnalazłem wzrokiem kawiarenkę ukrytą wśród drzew. Wybrałem stolik najbliżej głównej alejki, zamówiłem coś do picia, po czym przystąpiłem do kreślenia szkiców nowych form literackich. Szło mi całkiem nieźle, bowiem nikt mi specjalnie nie przeszkadzał, ot kilka razy podeszła kelnerka z pytaniem czy nic więcej nie potrzebuję. Napisałem wstęp do kilku nowych opowiadanek, w końcu zmęczyłem się na tyle, że postanowiłem wrócić do miasta.





[1] Historia prawdziwa z życia Autora.
[2] Prawdziwa historia, Autor doświadczył podobnego zachowania w autobusie miejskim.

Pozdrawiam!

17.08.2019

Samoloty nad miastem, cz. II, rozdziały 3-4.

3.
Dość sprawnie dotarłem do centrum mojego miasta, od razu czuć było jego puls, zupełnie inny niż w mieście, w którym do niedawna byłem z Muzą. Tu wszyscy gdzieś się spieszyli, ewentualnie tworzyli wokół siebie jedynie takie wrażenie. Szybko przypomniałem sobie w jaki sposób należy poruszać się po ulicach, w dość sporej liczbie osób na metr kwadratowy. Wbrew pozorom nie trzeba mieć oczu dookoła głowy, wystarczy odrobina skupienia, by wczuć się w rytm miasta, w rytm żyjących w nim ludzi. Wtedy można dość łatwo niemal w każdej sytuacji przewidzieć  w jaką stronę skręci lub nie mijana przez nas osoba. Postanowiłem przejechać się metrem do zupełnie innej dzielnicy, niż moje miejsce zamieszkania. Droga nie była zbyt trudna, choć przy przesiadce z jednej linii do drugiej należało nieco popatrzeć na znaki umieszczone w dość dziwnych miejscach. Pociąg metra potrzebował zaledwie paru chwil, by dostarczyć mnie wraz z niewielką grupką osób na drugi koniec miasta. Po wyjściu z podziemi przeżyłem mały szok, dość długo nie byłem w tej dzielnicy, a w międzyczasie wiele się zmieniło. Przede wszystkim wyremontowano wiele kamienic, które w czasie ostatniej wizyty wyglądały jakby miały się zaraz zawalić. Teraz większość z nich wyglądała tak, jakby czas się nieco cofnął i znów było dwudziestolecie międzywojenne. Zagwizdałem cicho z uznaniem, widać pieniądze wykładane przez różnych deweloperów nie idą tu na marne. Zdecydowałem ruszyć w kierunku teatru, który znajdował się w okolicy bardzo ciekawego parku. Jego cechą szczególną była dość duża liczba wszelakich cieków, w tym jedno duże jeziorko. Słyszałem kiedyś, że w okolicy może kręcić się Mistrz spotkany nie tak dawno w pociągu. Krok mój stopniowo stawał się coraz bardziej chwiejny, miałem w pamięci to nieszczęsne spotkanie przy WC, nie miałem pojęcia w jaki sposób mam zagaić, jeżeli ten szanowany poeta faktycznie będzie w okolicy teatru. W pewnej chwili moje dywagacje zostały przerwane przez krótkie dotknięcie mojego ramienia. Zdziwiony odwróciłem się i za sobą zobaczyłem roześmianą twarz, po chwili dotarło do mnie, że to zaczepia mnie sam Mistrz. Osunąłem się parę centymetrów do ziemi, jego silne ramię uratowało mnie przed upadkiem i totalną kompromitacją. Jak zza mgły zaczęły docierać do mnie jego słowa, a także zarys miejsca w jakim się znaleźliśmy. Poeta przywlókł mnie do budynku sztuki, właściwie usadowił mnie na krzesełku przed odeonem. Świadomość wróciła mi na tyle, aby spytał się Mistrza co sądzi o moich pracach Ten uśmiechnął się lekko, po czym wsunął mi w ręce moje dziełka, napisał na nich, że nie jestem jeszcze na poziomie jego i jemu podobnych, jednak mam swój styl, ważne jest jedynie to, bym nie ustawał w doskonaleniu swoich umiejętności. Kolejny raz nie byłem w stanie nic powiedzieć, uśmiechnąłem się jedynie w podziękowaniu. Mój mentor poznany w sposób komiczny niemal odwzajemnił uśmiech, po czym powiedział coś na do widzenia. Zdołałem wymamrotać coś na kształt: ,,Żegnaj Mistrzu", po czym osunąłem się na krzesło. Gdy szok minął postanowiłem udać się do pobliskiego muzeum, mogłem tam ochłonąć, jednocześnie przenosząc się w czasie, choćby na godzinę. Panoptikum mieściło się w dość starym, dwupiętrowym budynku, prawdopodobnie po jakiejś fabryce. Gdy tylko wszedłem do środka ogarnął mnie jakiś dziwny wewnętrzny spokój. Pewnie światła wydobywające się z licznych neonów jakie zgromadzono na wystawie tak na mnie podziałało. Poczułem się przez te kilkadziesiąt minut jakie spędziłem wśród tych kolorowych lampionów jakbym był w Las Vegas lub podobnym miejscu, gdzie patrzy się na człowieka raczej od strony kieszeni, a nie całości. Aby w jakiś sposób zadośćuczynić rozrzutnej stronie mojej natury postanowiłem udać się na obiad, a może raczej lunch do pobliskiej, bardzo znanej restauracji[1].

4.
Chęci jak to zwykle bywa stały się moją jedyną bronią, tak jak wcześniej właściwie nie dysponowałem większą kwotą, mogłem co najwyżej popatrzeć sobie na ludzi spieszących do tej knajpy. A było na co patrzeć. Panie w wytwornych wieczorowych niemal sukniach, panowie we frakach, wszyscy w tonach czerni, ewentualnie ciemnych kolorów. Śmieszny wydał mi się przy nich facet, który przyszedł w dresach, pod rękę szła z nim dama, wyfiokowana do granic absurdu, z rzęsami długimi jak moje palce, z ustami wielkimi jak ponton, o biuście nie wspominając. Facet wdał się w pyskówkę z kelnerem stojącym na zewnątrz lokalu, tamten za nic nie wiedział jak ma znaleźć w swoim notesie nazwisko tego faceta. Nagle jak spod ziemi wyłonił się właściciel tego przybytku, wszystkie rozmowy ucichły, ludzie zaczęli patrzeć. Przyglądali się szefowi G[2]. jak urzeczeni, prawdopodobnie awantura przy wejściu wzbudziła jego zainteresowanie. Po chwili facet w dresach z damą wszedł do środka, jego mina mówiła jednak prawdopodobnie tyle, że już nigdy nie zawitają do tego przybytku. Przez chwilę nie mogłem powstrzymać się od śmiechu, oto niemalże kloszard wdrapał się po drabinie społecznej i może zasiąść przy stoliku tej zacnej miejscówki. Moją reakcję musiał zauważyć przechodzący w pobliżu hipster, spojrzał się na mnie dwuznacznie, po czym spytał czy naprawdę nie wiem kto wszedł do restauracji. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie mam pojęcia. Okazało się, że facet w dresach to bardzo znany reżyser[3], który kręci filmy klasy C, przesycone tanim komizmem, doprawione do smaku różnymi mniejszymi i większymi świństewkami. Zdziwiłem się nieco, znany człowiek, a wygląda jakby wynurzył się z odmętów jakiejś zatęchłej bramy. Hipster szybko wyjaśnił mi, że ciuchy reżysera wyglądają jedynie na tanie, w rzeczywistości potrafią kosztować krocie. Teraz musiałem wyglądać wyjątkowo zabawnie, pewnie moja szczęka zawisła jakieś pięć centymetrów nad podłogą z wrażenia, nie wiedziałem nigdy wcześniej o czymś takim jak dresy wyglądające na ostatnie łachy, które kosztują jednak majątek. Zniechęcony do takich luksusów postanowiłem poszukać czegoś na moją kieszeń. Wsiadłem w tramwaj i podjechałem parę przystanków do pizzerii. Prawdopodobnie w moich żyłach krąży mieszanka krwi Włocha i Azjaty, bowiem bardzo lubię zarówno powyższe kultury jak i kuchnie. Zjadłem zamówione danie, wyszedłem na ulicę i stwierdziłem, że pora chyba wracać do domu. Wybrałem tym razem autobus, miał mnie podwieźć pod metro. Na bodajże trzecim przystanku od początku mojej podróży zauważyłem znajomą postać. Była to moja dość bliska znajoma, która zawodowo zajmowała się malarstwem. Chyba zobaczyła mnie przez okno pojazdu, bowiem po otwarciu przez kierowcę drzwi weszła do środka. Przywitaliśmy się dość kurtuazyjnie, nie widzieliśmy się dobrych parę lat. Szybkie przypomnienie wspólnych działań artystycznych na powrót przeniosło nas na dobrą stopę kontaktów. W czasie krótkiej jazdy pod wejście do metra zdążyliśmy porozmawiać nieco o swoich osiągnięciach. Moja znajoma wzbiła się na wyżyny swojego talentu, miała podobno kilka dużych wystaw, a jeden z jej obrazów został nawet zlicytowany za okrągłą sumkę. Aby dorównać jej w osiągnięciach musiałem sztucznie nadmuchać swoje dokonania, popatrzyła na mnie zdziwiona i spytała czy to prawda, w końcu odkąd mnie zna pisywałem raczej do szuflady, ewentualnie dla wąskiego grona odbiorców. Odpowiedziałem jej ze śmiechem, że zna mnie doskonale, chciałem bowiem wypaść w jej oczach lepiej niż te parę lat temu. Uśmiechnęła się tajemniczo, po czym wysiadła na kolejnym przystanku. Nie wiedziałem co miało znaczyć to spotkanie, ani moja próba okłamania jej. W końcu i tak oszustwo wydałoby się w przeciągu kilku godzin. Wystarczyło wpisać moje nazwisko do wyszukiwarki, by w odpowiedzi uzyskać parę moich dyplomów za wiersze, dwa wiersze w antologii i kilka opowiadań zamieszczonych w magazynach literackich dla małych kręgów czytelników. Zanurzyłem się w swoich myślach i wręcz automatycznie dotarłem do swojego domu. Szybko wrzuciłem coś na ząb, poszedłem do wanny na parę ładnych minut, przed snem poczytałem trochę dzieło Mistrza, po czym poszedłem spać.



[1] Szefem był mniej znany człowiek, choć nazwisko jakie nosił miało renomę.
[2] J.w.
[3] Kręci filmy na poziomie muzyki disco-polo. Nikt się nie przyznaje do oglądania, wszyscy jednak znają cytaty czy sceny z tych dzieł. 


Pozdrawiam!

14.08.2019

Samoloty nad miastem, cz. II, rozdziały 1-2.

CZĘŚĆ II.

1.
Podróż minęła mi dość znośnie, o ile nie liczyć jednego typa, który postanowił urządzić konkurs karaoke. Może w przypadku większej liczby uczestników sytuacja nie byłaby dramatyczna, jednak on postanowił konkurować sam ze sobą. Przy dziesiątym podejściu do jakiegoś podrzędnego hitu disco-polo nie wytrzymałem i udałem się na korytarz, w przedziale słyszałem zbyt wyraźnie jego popisy, siedział niby  dość daleko,  a dźwięki i tak dochodziły z intensywnością młota pneumatycznego. Usiadłem w kucki przy toalecie, widocznie było mi pisane w ten sposób przeżyć podróż, jednak po dosłownie paru chwilach z czeluści WC wyłonił się pewien dość znany w wąskich kręgach poeta. Nie pamiętam dokładnie co wtedy mu powiedziałem, szok jaki wywołał we mnie swym pojawieniem się był wielki, wielki jak Kilimandżaro. Jedyne co zapamiętałem z tego perfekcyjnego spotkania wymuszonego przez los w postaci śpiewaka-amatora, to fakt przekazania Mistrzowi paru moich rękopisów. Nie pamiętam już czy obiecał mi zrobić coś z nimi, a może jedynie podziękował bez słów i odszedł. Widziałem go jeszcze jak wysiadł na dworcu przed Dworcem Głównym. Zmęczony wyciem pociągowej papugi i zszokowany spotkaniem wytoczyłem się jak pijany z wagonu. Chwiejnym krokiem dotoczyłem się na górę, do wielkiej poczekalni, tam usiadłem na chwilę, by uspokoić emocje. Od razu zostałem otoczony przez paru młodych ludzi, którzy przez swój tryb życia wyglądali na 50 lat lub więcej. Poprosili mnie tonem nie znoszącym sprzeciwu o wsparcie ich choćby groszem. Z czeluści mojej duszy wyrwał się jęk, który jednak nie doszedł do ust, dałem im po dwa złote na głowę, przez co w kieszeni wyczułem jedynie papierki po cukierkach i nieco nitek. Postanowiłem po powrocie do mieszkania przeszkolić się w lustrze z asertywności, jednak mój umysł od razu odrzucił ten pomysł jako niedorzeczny[1]. Wstałem, wyszedłem na zewnątrz w poszukiwaniu taksówki. Patrzyłem dłuższą chwilę i żadnej nie mogłem zauważyć, w końcu jednak znalazłem wolną taryfę, zagłębiłem się w miłą kanapę z tyłu. Kierowca nie zadawał pytań, jechał przed siebie w taki sposób, bym mógł się chwilę zdrzemnąć. Dojechaliśmy dość szybko pod mój dom, poprosiłem taksówkarza, by zaczekał chwilę to wejdę do domu po pieniądze. Zgodził się z miną dość kwaśną. Postanowiłem, że jako napiwek dam mu starą monetę z Singapuru. Z mojej wiedzy wynikało, że mogła być warta jakieś 20 groszy. Po tym małym oszustwie poczułem się dość dwoiście, z jednej strony zacząłem się sobą brzydzić, z drugiej tłumaczyłem sobie, że zrobiłem porządek z zadufanym człowiekiem. By pozbyć się zbędnych myśli poszedłem pod prysznic. Po kwadransie poczułem wielką chęć pójścia spać. Zawinąłem się w kołdrę po czubek głowy i zasnąłem niemal natychmiast[2].

2.
Obudziło mnie szczekanie psa u sąsiadki, spojrzałem na zegarek, była niemal ósma, co oznaczało wizytę u mnie. Sąsiadka zwykle wychodziła koło siódmej rano na szybką rundkę po okolicy dla zdrowia. Pies zostawiony sam w domu swym szczekaniem chciał zwrócić uwagę na kroki, które teraz i ja usłyszałem. Ktoś biegł po schodach na piętro, gdzie mieszkałem. Po chwili dzwonek do drzwi zmazał mi z oczu ostatnie fragmenty snu. Powlokłem się zobaczyć, kto o tak wczesnej porze chce zakłócić mi życie. Wyjrzałem przez wizjer, w tle dźwięczał dzwonek, naciskany nerwowo raz za razem. Na klatce schodowej zamajaczyła postać mojego dalekiego krewnego, też pisarza. Otworzyłem zamki i uchyliłem drzwi na tyle, by móc z nim porozmawiać. Ten nie chciał najwidoczniej rozmowy w pół drogi, szybkim ruchem ręki szarpnął za łańcuch trzymający wejście w nie całkowitym otwarciu. Spojrzałem na niego z wyrzutem i spytałem co chce osiągnąć przez takie nachodzenie ludzi z rana[3]. Odpowiedział, że ścigają go ludzie z wydawnictwa. Miał bowiem napisać jakąś sztukę teatralną czy coś w tym stylu. Oczywiście nie wywiązał się z zadania w terminie. Próbowałem wytłumaczyć mu co grozi za nie dotrzymanie umowy z wydawnictwem, on jednak za nic nie chciał słuchać, powtarzał tylko coś o siepaczach wynajętych przez tamtych. Zmęczony jego wizytą wydukałem coś o ewentualnej pomocy, kazałem mu zaczekać na mnie, bo idę znaleźć jakiś tekst, który będzie mógł przedstawić jako własny. Dałem mu jedną ze starszych sztuk, nie byłem z niej do końca zadowolony, nie oddawała mnie jako autora, jednak w jego sytuacji, przy zagrożeniu ze strony wydawnictwa, wszystkie ruchy były dozwolone. Krewny dziękował mi jakbym swoim działaniem zbawił pół świata, powiedziałem mu jedynie aby spadał, bo ludzie po podróży tacy jak ja chcą odpocząć. Mój gość odwrócił się na pięcie i z prędkością światła zbiegł po schodach. Nie wiedziałem do końca co mam teraz zrobić ze sobą, sen odszedł raczej bezpowrotnie, na wyjście do miasta było za wcześnie, postanowiłem skontaktować się z moją Muzą. Po dość długiej rozmowie okazało się, że przeniosła się z tamtego miasta w inny region kraju, podąża teraz za pewnym malarzem, którego największą pasją jest malowanie pociągów. Zdziwiłem się nieco, choć z drugiej strony poznałem kiedyś rzeźbiarza uwieczniającego w swych dziełach wytwory ludzkich rąk pochodzące z wielkich fabryk, a używane na co dzień w kraju i za granicą. Nie zbliżyła się na razie z nim tak jak miało to miejsce w naszej relacji, pewnie wynika to z pewnych różnic patrzenia na świat, może też z naszych profesji. Ja potrzebuję więcej natchnienia, bowiem tworzę rzeczy nie istniejące wcześniej, muszę sięgać swoją wyobraźnią tam, gdzie nikt nie sięgał wcześniej. A on może patrzeć na już istniejące przedmioty, jego jedynym zadaniem jest nadanie im z lekka artystycznych cech. Na koniec rozmowy poprosiłem Muzę, by wykorzystała taką relację do poznania nowych dróg dochodzenia do dzieła. Postanowiłem zjeść śniadanie, a po nim chciałem wyjść na miasto, zaczerpnąć nieco oddechu twórczego[4].




[1] Autor ma taki związek z asertywnością jak dżungla z pustynią.
[2] Tak zwane burrito smutku/rezygnacji/zmęczenia itp. 
[3] Dla Autora ósma rano to jak noc.
[4] Autor wykorzystuje aurę miasta jako jedną z podstaw tworzenia.


Pozdrawiam!

1.08.2019

Samoloty nad miastem, cz. I, rozdziały 22-23.

22.
Dość sprawnie pozbierał swoje rzeczy, zapłaciliśmy za zamówienie, po czym opuściliśmy lokal. Postanowiłem po powrocie do naszego tymczasowego punktu noclegowego popracować nieco z Muzą nad nowymi wierszami. Zastanowiłem się przez chwilę co teraz mogła robić czy dobrze się bawiła. Nie miałem ani czasu, ani możliwości by to sprawdzić. Razem z twórcą ruszyliśmy w niezbyt długą drogę do teatru. Maszerując w średnim tempie mieliśmy możliwość podzielenia się uwagami na temat naszych warsztatów, naszych Muz i paroma innymi ciekawostkami z życia pisarzy. Po jakichś 10 minutach naszym oczom ukazał się wspaniały budynek teatru, według słów mojego nowego znajomego został wybudowany w klasycznym stylu tego miasta. Nie wiedziałem do końca co to znaczy, jednak bryła kamienicy poraziła mnie swoją urodą. Zbliżyliśmy się do teatru, mogłem podziwiać rozliczne zdobienia w postaci liści, małych wieżyczek, ozdobników wokół wspaniałych zakończonych półkoliście okien. Po wejściu do środka uderzyło mnie idealne dopasowanie elementów nowych ze starszymi fragmentami budynku. Mój nowy kolega podszedł do kontuaru, przy którym spał dozorca, pokasłując lekko dał mu do zrozumienia, że czas drzemki się skończył. Dozorca po otwarciu prawego oka zerwał się na równe nogi i stanął niemal na baczność. Zrozumiałem wtedy, że mój towarzysz musi mieć tu jakąś poważną pozycję. Stróż poprowadził nas karnie do windy, przymilnie przypomniał numer piętra, gdzie urzędował niezbędny nam człowiek, po czym oddalił się w stronę swojego miejsca snu. Jadąc windą właściwie nie rozmawialiśmy ze sobą, ograniczyliśmy się do wzajemnej obserwacji. Gdy winda zatrzymała się na żądanym piętrze wiedziałem, że nie ma dla mnie odwrotu. Musiałem spotkać się z kolejnym znajomym znajomego. Sekretarka, która siedziała za szklanymi drzwiami również zerwała się na równe nogi, tak jak dozorca parę chwil wcześniej. Powoli docierało do mnie, że znalazłem się na samym świeczniku twórców. Stąd można właściwie podążać tylko w górę. Oczywiście o ile chce się marzyć o kolejnym dniu życia. Zdecydowałem się już na kolejny krok, wiedziałem co może czekać na mnie za drzwiami gabinetu szefa teatru. Wszedłem razem z nowym znajomym, aby poznać kolejnego ważnego człowieka.

23.
Pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy po otwarciu przed nami drzwi przez sekretarkę były ściany gabinetu, które składały się na niemy hołd dla artystów. Z każdej strony widoczne były eleganckie portrety kolejnych dyrektorów tego teatru. Przy najnowszej dacie, bez wpisanego jeszcze roku zakończenia misji wisiał portret pulchnego, lekko łysiejącego pana. Po sekundzie zauważyłem oryginał, siedzący niemal na wprost drzwi. Dyrektor uśmiechnął się, wstał aby powitać nas, po czym spytał co sądzimy o takiej formie hołdu dla sztuki. Oszołomiony takim obrotem spraw nie umiałem nic powiedzieć. Na szczęście mój towarzysz obronił mnie zmieniając zręcznie temat. Przedstawił mnie jako swojego nowego kompana, przy okazji pochwalił moje umiejętności pisania rymów na zamówienie. Niezbyt udanie spiekłem raka, po czym wydusiłem z siebie kilka słów uznania dla tak eleganckich wnętrz. Dyrektor kazał mówić sobie po imieniu. Odtąd miałem do niego mówić Jacek. Według niego byłem jednym z lepiej zapowiadających się twórców, stąd też mój nowy znajomy postanowił przedstawić nas sobie. Jacek opowiedział mi krótko, że planuje wystawić sztukę o trudach codziennego życia twórcy. Nie mógł lepiej trafić, w końcu można powiedzieć, że w tamtym czasie byłem wręcz wzorcowym przykładem takiego człowieka. Nieśmiało zgodziłem się wstępnie na współpracę. Jacek wraz z moim nowym kolegą wybuchnęli radosnym śmiechem. Uznali, że umowa już obowiązuje. Dyrektor podziękował za wizytę, obiecał wysłać umowę pocztą wszędzie na terenie kraju. Zostawiłem sekretarce mój numer telefonu, aby ustalić szczegóły. Wraz z niedawno poznanym jegomościem ruszyliśmy na przystanek, aby wrócić do mojego kolegi. Podróż minęła dość szybko, pod kamienicą, gdzie zatrzymałem się z Muzą byliśmy parę minut po 12 w południe.

Pozdrawiam!

29.07.2019

Samoloty nad miastem, cz. I, rozdziały 20-21.

20.
Po piętnastu minutach spędzonych w tramwaju byliśmy na miejscu. Kolega ze studiów u którego mieliśmy zostać na noc mieszkał w ciekawym budynku, ściętym po bokach, z jednej strony biegło torowisko tramwajowe, z drugiej była wąziutka uliczka. Klatka schodowa zdała mi się najmniejszą na jakiej miałem okazję być. W końcu spłaszczenie kamienicy z dwóch stron musiało wpłynąć także na to miejsce. Gdy weszliśmy do mieszkania znajomego wyszła na jaw jeszcze jedna ciekawa sprawa. Otóż ten mój kolega zajmował lokal położony akurat na zagięciu budynku. Spowodowany w ten sposób ścisk spotęgował mój strach, nie lubię takich sytuacji, gdy mieszkanie okazuje się kiszką na rogu. Po krótkich powitalnych obrzędach przeszedłem do rzeczy, kumpel zgodził się udzielić nam noclegu w zamian za jedną przysługę. Miałem pojechać następnego dnia do pewnej kawiarni po odbiór ważnych dokumentów. Najlepiej byłoby, gdybym wraz z dokumentami przyciągnął za sobą pewnego człowieka, z którym to znajomy planował stworzyć coś na kształt nowoczesnej sztuki teatralnej. Wstępnie rozpakowaliśmy swoje rzeczy, napiliśmy się herbaty, po czym postanowiłem przez parę godzin popracować w samotności. Muza poszła spać nieco wcześniej niż to pamiętałem, miałem okazję do tworzenia, bez jej aktywnego udziału. Mogłem za to podziwiać jej wspaniałe ciało, gdy śpi. Wiedziałem, że muszę o nią dbać, o nią i o jej bezpieczeństwo. Nadal miewała momenty, w których chciała uciekać jak najdalej się da, ścigana swoimi demonami z przeszłości. W końcu i ja zdecydowałem się na sen. Położyłem się obok niej, uważałem bardzo, aby jej nie obudzić, po czym usnąłem wsłuchując się w jej oddech.

21.
Następnego dnia wstałem jak na siebie dość wcześnie, zjadłem lekkie śniadanie, po czym napisałem dla Muzy krótki liścik, w którym wyjaśniam powód tak wczesnego wyjścia. Jednocześnie poradziłem jej co warto zobaczyć w najbliższej okolicy, na samym końcu zaś obiecałem wspólną kolację, w domu kumpla, albo na mieście, zależnie od chęci. Opuściłem kamienicę i podszedłem parę kroków na przystanek tramwajowy. Przez chwilę studiowałem rozkład jazdy, aż w końcu zdecydowałem się na linię numer 5. Za jakieś 10 minut podjechał tramwaj, wsiadłem do niego, zająłem miejsce i wróciłem do samolotu widzianego na działce już dość dawno. Nie umiałem sobie za bardzo wyobrazić czy samolot ten lata tylko do Azji czy może obsługuje też inne połączenia. Cała moja wyprawa zakończyła się po kwadransie, gdy zauważyłem nazwę swojego przystanku wypisaną na wiacie. Musiałem spytać się kioskarza w jakim kierunku mam iść do tej kawiarni, gdzie miałem spotkać się z twórcą. W końcu dotarłem do lokalu, już od progu uderzyła mnie atmosfera, nosząca w sobie dym papierosów, zapach absyntu i pogłosy wierszy wygłaszanych w tych murach ponad wiek temu[1]. Z każdym kolejnym krokiem miałem wrażenie podróży w czasie, pod ścianą znalazłem jegomościa, który był tak niezbędny mojemu znajomemu. Wyglądał na trochę starszego ode mnie, jego wystylizowane wąsy, broda i włosy wzbudziły mój podziw. Idealnie wpisał się w ducha tej kawiarni. Podszedłem do niego z pewną rezerwą, w końcu mógł być jakimś ważnym twórcą w tym mieście. Na początku przetestował moje umiejętności pisarskie, miałem napisać mu na poczekaniu wiersz na zadany temat. Spisałem się chyba nieźle, bowiem twórca zaprosił mnie do stolika, zamówił kawę i ciastko, po czym wysłuchał uważnie co mam mu do powiedzenia. Gdy skończyłem przedstawiać mu powód mojej wizyty, niespodziewanie natknąłem się na ścianę z jego strony. Stwierdził nagle, że niezbędne będzie odwiedzenie jeszcze jednego znajomego, który w tej chwili powinien być w teatrze.



[1] Kawiarnia ta była jedną z najlepiej działających na twórców w przeszłości, do dziś jest synonimem sztuki.


Pozdrawiam!

23.07.2019

Samoloty nad miastem, cz. I, rozdziały 17-19.

17.
Otworzyła mi drzwi niemal od razu, ubrana była w szlafrok przypominający kimono. W mgnieniu oka wróciły do mnie wspomnienia samolotu widzianego nad działką. Chyba mógł do tej pory zrobić nawet kilka kursów w tę i z powrotem. Jednak moja była Muza wyrwała mnie z rozmyślań proponując natchnienie. Początkowo opierałem się, jednak ona przekonała mnie do działania. Siedzieliśmy przy sobie, niezwykle blisko, do rana napisałem z jej pomocą sporo wierszy, coś koło 40. Gdy Słońce oświetliło dachy sąsiednich kamienic, powiedziałem jej o moich planach. Miałem zamiar pojechać do miasta, oddalonego od mojego o jakieś 300 kilometrów, by wchłonąć nieco tamtejszej witalności twórczej[1]. Powiedziała mi, że chętnie ze mną się wybierze, spakowała się bardzo szybko, po czym pojechaliśmy na dworzec kolejowy. Bilety udało kupić się bez większych problemów, godzinę po zakupie siedzieliśmy już w pociągu do tamtego miasta.

18.
W czasie podróży stworzyłem jeszcze co najmniej 20 wierszy, pięć krótkich opowiadań i do tego jeszcze parę wierszy okolicznościowych na różne okazje. Moja Muza napracowała się jak nigdy wcześniej, spała przez resztę drogi do tego miasta. Wyglądałem przez okno, oglądałem mijane krajobrazy i zastanawiałem się czy świat widziany z okien samolotu, lecącego parę kilometrów nad Ziemią jest czymś zupełnie innym, niż świat widziany z okna pociągu. Doszedłem do wniosku, że najpewniej w obserwacjach przeszkadzają chmury. Zamówiłem dla siebie herbatę, a dla Muzy kawę i ciastko u przemykającej korytarzem pani z obsługi pociągu. Jakieś pół godziny przed celem moja Muza obudziła się, z wielką chęcią na pogawędkę. Szybko wybrałem temat, dzięki czemu ostatni etap podróży minął nadzwyczajnie miło. Gdy pociąg zatrzymał się na stacji docelowej nie byłem wcale pewny czy chcę faktycznie poświęcić dzień albo więcej na przebywanie w tym mieście. Jednak była już za późna pora, aby można się było wycofać, żaden pociąg nie wracał tego dnia do mojego domu.

19.
W świetle latarni i Księżyca wyszliśmy z dworca, od razu zaatakowali nas taksówkarze. Nie chciałem jednak aby Muza za długo była wystawiona na ich chamskie zachowania, wsiedliśmy więc do jednej z taryf. Jej kierowca wyglądał jak klasyczny Janusz, moje pierwsze spostrzeżenie potwierdziło się, gdy spojrzałem na jego identyfikator. Właśnie tak miał na imię jak wyglądał. Poprosiłem go o kurs do najbliższego hotelu, Janusz uśmiechnął się niewinnie pod nosem, co w moim odczuciu było przytykiem wobec Muzy i mnie. Nie odpowiedziałem na zaczepkę, chciałem bowiem jak najszybciej znaleźć się w hotelu, by móc skorzystać z obecności tej, która ratowała mnie wiele razy przed kryzysem twórczym. Taksówkarz wiózł nas nadspodziewanie długo, kluczył jakimiś malutkimi uliczkami, licznik niebezpiecznie dochodził do trzeciej cyfry. Krzyknąłem zdenerwowany obrotem sytuacji, Janusz popatrzył na mnie we wstecznym lusterku. Niespodziewanie zahamował stwierdzając, że on nie za bardzo lubi takich szemranych gości jak ja. Podziękował nam niezbyt miłą wiązanką, z której jasno wynikało gdzie powinienem wrócić z moją towarzyszką. Lżejszy o 90 złotych zbliżyłem się do neonu stojącego przy niezbyt nowym hotelu. Gdy zobaczyłem cenę za pokój dla dwóch osób krzyknąłem po raz drugi w czasie tego krótkiego pobytu w tym mieście. Zdecydowałem wykorzystać swoje znajomości, po szybkim telefonie do jednego artysty wiedziałem już gdzie spędzimy tę noc.



[1] W tamtym mieście dawniej funkcjonowały prężnie liczne kawiarnie literackie, kabarety itp.

Pozdrawiam!

20.07.2019

Samoloty nad miastem, cz. I, rozdziały 15-16.

15.
Sklep odnalazłem nie bez trudu, ukryty w zakamarkach budynków, jednak to co zobaczyłem w środku wynagrodziło mi dotychczasowe problemy. W środku pawilonu był istny raj dla miłośników wszelakich odmian rocka. Płyty były ułożone według gatunków, zaś w obrębie danego z nich alfabetycznie. Po chwili spośród kompaktów wyłonił się właściciel, wyglądał na żywcem przeniesionego z lat 60. XX wieku do naszych czasów. Przywitał mnie bardzo miło, po czym zaproponował krótką wycieczkę. Nie zrozumiałem na początku co ma na myśli, sądziłem, że chce mi pokazać co gdzie jest, abym sam mógł sobie coś wybrać. On jednak zaczął snuć opowieści o przeróżnych zespołach, które zaczynały swoją przygodę z muzyką grubo ponad 50 lat temu. W pewnej chwili wydało mi się nawet, że przenieśliśmy się do USA albo Anglii z tamtego okresu, a ja mam na sobie ciuchy z kwiatowymi wzorami. Wystraszyłem się nieco, jednak zatopiony w opowieściach faceta nie chciałem z nich rezygnować. Po jakiejś godzinie właściciel tego przybytku wrócił ze mną do XXI wieku, a ja stałem ze stosem płyt w rękach. Zapłaciłem nieco zbyt wygórowaną sumę, po czym podziękowałem mu za historie i wyszedłem na ulicę. Przeszedłem dosłownie 100 metrów, gdy kompakty niesione przeze mnie eksplodowały dość głośno, a zamiast nich zobaczyłem tylko siwy dym. Zdenerwowany postanowiłem przemówić facetowi do rozumu. Szybkim krokiem wróciłem w kierunku sklepu, jednak ku mojemu zdziwieniu nie było po nim ani śladu. Zbity z tropu postanowiłem skierować się nad rzekę.

16.
Idąc  tam wstąpiłem do sklepu, gdzie kupiłem sobie butelkę piwa. Pomyślałem, że nie ma nic lepszego od wypicia tego napoju nad rzeką. Po jakichś 40 minutach dotarłem na miejsce. Usiadłem na schodach, niedaleko grupki metalowców[1]. Od razu podchwyciłem wątek muzyczny, jaki zawzięcie obrabiali między sobą. Piliśmy piwo, niektórzy woleli nieco tańsze wino, ogólnie atmosfera była przyjazna. W pewnym momencie jeden z metalowców krzyknął coś o jadącym w naszą stronę radiowozie. Rzuciliśmy się do ucieczki, część zdołała zbiec, jednak ja i paru innych metalowców nie zdążyliśmy. Strażnicy miejscy wysiedli jak paniska ze swojego radiowozu, zbliżyli się do nas, patrząc z pogardą na stroje moich towarzyszy i na mnie, widocznie uznali, że kumpluję się z niewłaściwymi osobami. Poprosili o nasze dokumenty, paru z moich towarzyszy odmówiło, jednak po paru uwagach dość kąśliwych ze strony tamtych przekazali swoje dowody osobiste. Strażnicy okropnie długo patrzyli w papiery, porównywali wygląd każdej osoby z osobna ze zdjęciami. W końcu stwierdzili, że nie widzieli jak pijemy, oddali nasze dokumenty i odjechali. Metalowcy pozdrowili ich serdecznie wyciągając kciuki w górę. Posiedziałem jeszcze trochę z tą grupą, po czym stwierdziłem, że muszę udać się na nocleg do kogoś. Zdecydowałem się pójść do mojej dawnej Muzy, która od jakiegoś czasu działała twórczo na mojego kolegę- malarza, jednak jak byłem w potrzebie zawsze mogłem na nią liczyć. Wsiadłem do autobusu, przejechałem kilkanaście przystanków w mieszaninie zapachowo-językowej, towarzystwie paru pijaczków oraz rozwrzeszczanej bandy dzieciaków, po czym wysiadłem w okolic domu mej byłej Muzy.





[1] Autor nie bez kozery wprowadził ten wątek, sam uznaje się za metalowca, jednak nie ujawnionego w pełni.


Pozdrawiam!

17.07.2019

Samoloty nad miastem, cz. I, rozdziały 13-14.

13.
Mijając palmę[1] zatopiłem się na powrót w rozmyślaniach o lotach samolotem. Skupiłem się zwłaszcza na tym, co można robić w czasie bardzo długiego lotu, na przykład do Tokio. Nie byłem pewny czy w każdej klasie jest możliwość oglądania filmów na wmontowanych oryginalnie w zagłówki ekranach. Poza tym wyszło na to, że nawet najlepsze filmy, muzyka czy książki kiedyś się nudzą. Stwierdziłem ostatecznie, że chyba najlepiej sporo spać, wtedy nawet ponad 10 godzinna podróż wyda się igraszką. Rozmyślania kolejny raz zostały przerwane, tym razem przez policjanta, który zwrócił mi uwagę na moją opieszałość przy przechodzeniu przez jezdnię. Przeprosiłem go, choć w sumie nie wiem co miałem tym osiągnąć, on pogroził mi palcem i krzyknął, że następnym razem może wystawić mi mandat. Szybko zniknąłem mu z pola widzenia, ujrzałem szyld reklamujący bar z kebabem czynny 24 godziny na dobę. Poczułem dość mocny głód, postanowiłem więc wejść i zobaczyć co ciekawego oferują do jedzenia. Już od progu uderzył mnie gwar rozmów oraz bardzo ciekawa mieszanina zapachów. Podszedłem do baru, miły pan z obsługi na moje pytanie o specjalność zakładu począł wyliczać mi najlepsze dania. Wybrałem kebab z kurczakiem w cienkim cieście z dodatkiem raczej mało ostrych sosów. W oczekiwaniu na danie wysłuchałem nieco rozmów toczonych przy sąsiednim stoliku przez dwóch śniadych jegomościów. Wynikało z nich, że chcą przejąć jakiś biznes, w pewnej chwili do lokalu weszło 8 lub 9 wysokich, łysych mężczyzn, skierowali się od razu do stolika zajmowanego przez tamtych. Z dużą dozą agresji zwyzywali ich okrutnie, po czym wywlekli ich na dwór. Przez szybę widać było jak szarpią tamtych, biją niemal, a nawet na nich plują. Obsługa knajpy zadzwoniła po policję, jednak zanim przyjechał patrol łysi zdążyli się ulotnić. Pracownicy rzucili się na pomoc poszkodowanym, wzięli ich z powrotem do wnętrza, gdzie zajęli się  nimi w podstawowym zakresie pomocy. Klientom wydali bardzo szybko dania, po czym zamknęli bar od środka. Wychodząc widziałem nadjeżdżające już karetki, policyjne wozy, a także kilka czarnych BMW. Widocznie szefostwo łysych chciało sprawdzić jak się sprawy mają. Zniesmaczony postawą tych bandytów postanowiłem udać się w kierunku Starówki. Niestety zajęło mi parę chwil, by przekonać obsługę o tym, że nie sprowadzę na nich większego niebezpieczeństwa po opuszczeniu ich knajpy. Ostatecznie dali się przekonać, wypuścili mnie tylnym wyjściem dla personelu.

14.
Na miejsce dotarłem dość szybko niesiony niemal przez tłum turystów jaki wylewał się z każdej mniejszej i większej uliczki. Różnorodność języków w jakim porozumiewali się nieco mnie przygniotła. Kierowany przez grupę Azjatów udałem się za nimi w okolice Zamku. Nie rozumiałem nic z tego, co przekazywał im przewodnik. Skupiłem się bardziej na tym jak zapamiętale fotografują najmniejszy nawet przejaw różnic kulturowych. Przed ich aparatami nie ukryła się nawet najmniejsza karteczka zapisana po polsku, której treść, gdyby znali nasz język pewnie nie zawsze by im się spodobała. Pomyślałem sobie, że pewnie w ten sposób chcą przywołać choć element naszego kraju, gdy wrócą do siebie. Taki pomysł wydał mi się dość ciekawy dla idei tworzenia wierszy, można zrobić zdjęcie jakiemuś miejscu, osobie czy czegoś tam jeszcze, po czym można na jego podstawie napisać wiersze, przywołujące dawne zdarzenia. Szybko odrzuciłem jednak taką opcję, szczególnie ze względu na moje niemal legendarne lenistwo w kwestiach technicznych. Szukanie odpowiednich zdjęć, wywoływałoby u mnie dziwne uczucia.  Z zachowania tych turystów wynikało, że Polska podoba im się, pewnie ze względu na niektóre nasze przywary, które w oczach Azjatów nie są nimi. Możliwe też, że nasze zalety w ich oczach są jak wady. W sumie nie miałem nawet jak się ich zapytać o to, bowiem znów zacząłem myśleć o tamtym samolocie. Zacząłem zastanawiać się skąd ci konkretni Azjaci będą odlatywać, ile będą mieli międzylądowań, o ile w ogóle jakieś będą mieli, jakim samolotem będą lecieć itp. itd. Myśli zostały odegnane przez ostre, nieznane mi bliżej dźwięki, których sprawcą okazał się być jeden z turystów. Pokazywał mi zawzięcie na swój aparat, krzyczał niemal przy tym coś po japońsku czy koreańsku (nie znam się aż na tyle, by wiedzieć na pewno), Zrozumiałem w końcu o co mu chodziło, miałem wykonać zdjęcie z nim na tle Zamku. Ochoczo przystąpiłem do dzieła, jednak po pięciu minutach robienia zdjęć, w coraz to różnych pozach Azjaty, pod różnym kątem zrezygnowałem. Szybko odrzuciłem mu aparat, po czym wybełkotałem krótkie przeprosiny i szybkim krokiem oddaliłem się w swoją stronę. Słyszałem jeszcze przez jakiś czas jego nerwowe krzyki za sobą. Mijając kolejne uliczki przypomniałem sobie o pewnym sklepie, gdzie można kupić płyty z muzyką rockową, skierowałem się więc w tamtą stronę.




[1] Kontrowersyjny dla niektórych element miasta.

Pozdrawiam!

14.07.2019

Samoloty nad miastem, cz. I, rozdziały 11-12.

11.
Znajomy ten mieszkał w kamienicy położonej w okolicy zielonego i bardzo przyjemnego ogrodu miejskiego[1]. Otoczenie, śpiew ptaków docierający do okien jego mieszkania od razu sprawiło, że poczułem się o wiele lepiej. Kumpel tak jak ja zajmował się dość chętnie pisaniem, jednak on wybrał niszę pisania na zamówienie. Nigdy nie pociągała mnie tego typu twórczość, choć mówiąc szczerze niektóre sumy przedstawiane mi przez kolegę brzmiały zachęcająco[2]. Zrezygnowałem jednak ostatecznie z takiej formy zarobkowania ze względu na moje wielkie i dość szeroko znane lenistwo. Zanim napisałbym hasło reklamowe, które uznałbym za dobre mój mocodawca 5 razy mógłby zmienić wykonawcę. Idąc schodami do mieszkania kumpla rozmyślałem o tym jak to jest zakosztować tych wszystkich nowinek technicznych w hotelach, knajpach i podobnych przybytkach, o których tak często mówi się choćby w telewizji w kontekście Azji. Moje rozmyślania po raz kolejny przekreśliła codzienności. Gdy doszedłem na piętro znajomego zobaczyłem otwarte drzwi do mieszkania. Zaniepokojony zbliżyłem się do nich i zawołałem pełny nadziei na odpowiedź. W końcu twórcy czasem zapominają o prozaicznych, codziennych sprawach, w tym o zamykaniu drzwi. Z mieszkania nie odezwał się nikt, usłyszałem za to coś w rodzaju kaszlu, ewentualnie odgłosów duszenia się. Przerażony wpadłem do środka, ujrzałem znajomego jak siedzi w jednym z pokojów, trzyma się za szyję i próbuje nabrać tchu. Spytałem się go co się dzieje, on nie był już w stanie mówić. Wskazał na stolik, na którym były jakieś fiolki. Domyśliłem się po paru chwilach, że w tych pojemnikach może być coś bardzo szkodliwego. Szybko zadzwoniłem  na pogotowie, instruowany przez dyspozytora pomogłem nieco polepszyć stan kumpla. Gdy na miejsce dojechała karetka, dowiedziałem się od ratowników, że możliwą przyczyną zatrucia było wzięcie jakiegoś nowego świństwa, sprzedawanego jako coś na porost roślin, albo poprawę stanu podłóg w domu. Kumpel chciał chyba osiągnąć wyższe stany świadomości czy dłuższy czas pracy niż zwykle[3]. Utwierdziło mnie to tylko w przekonaniu, że o wiele lepsza na takie okazje jest kawa, ewentualnie Yerba Mate. Wyszedłem nieco wkurzony, choć z domieszką strachu czy ta nieznana substancja nie uszkodzi zbytnio organizmu znajomego.

12.
Niespodziewana sytuacja z kumplem spowodowała, że poczułem wielką chęć chwilowego wyłączenia się, może nawet odpoczynku. Wybrałem się w kierunku jednego z bardziej znanych placyków[4] w mieście, przesiadywali tam różni interesujący osobnicy, zawsze można było znaleźć temat na nowy wiersz, opowiadanie, ewentualnie nowego kompana do pracy twórczej. Usiadłem w jednym z ogródków przy ulicy, zamówiłem kawę i zatopiłem się w rozmyślaniach na temat Azji, samolotu i tego co robią teraz podróżujący nim ludzie. Z zamyślenia wyrwała mnie niesiona przez wiatr wesoła piosenka o radościach płynących z jazdy na deskorolce. Podniosłem głowę i zobaczyłem gościa z gorsetem ortopedycznym na szyi mknącego na desce po ulicy. Osiągał niesamowitą wręcz prędkość, w międzyczasie śpiewał dość naiwne piosenki, ewidentnie lepione na poczekaniu. Zaszokował mnie do tego stopnia, że nie zauważyłem jak do mojego stolika przysiadł się tajemniczy gość w płaszczu. Zaczął szybko wyjaśniać kim jest, skąd przybywa i co ma zamiar robić. Wyszło na to, że facet pochodził z pewnej tajemniczej wyspy, której nie ma na żadnej z map[5]. Początkowy strach ustąpił ciekawości, zacząłem wsłuchiwać się w opowieści nieznajomego, przytakując od czasu do czasu aby zachęcić go do dalszych zwierzeń. Po pół godzinie jego opowieść zaczęła mnie jednak nużyć swoją małą dozą prawdopodobieństwa. Podziękowałem facetowi za opowieści, tamten zaczął wyrażać się niezbyt miło o mnie, odszedłem więc jak najszybciej się dało z kawiarni. Kątem oka zauważyłem jak facet znika w jednym z okolicznych banków. Wyszło na to, że po raz kolejny zdecydowałem w swoim życiu właściwie. Widać praca w korporacji wpływa niezbyt dobrze na zdrowie psychiczne ludzi. Nie wiedziałem jednak o tak dziwnych wpływach takich zajęć. Skierowałem się w stronę drugiego placu, na którym znajdował się artefakt charakterystyczny bardziej dla Egiptu niż dla Polski, palma, stworzona przez pewną artystkę.



[1] Coś jak odpowiednik Central Parku.
[2] Jak to mówią: ,,Przedstaw mi odpowiednią kwotę, a zrobię właściwie wszystko za nią”.
[3] Krytyka skierowana w stronę wszystkiego co zmienia świadomość, ma nie potwierdzone pochodzenie, skład itd.
[4] Tak na poważnie to spory plac, gdzie można znaleźć właściwie każdy typ knajpy czy innego ciekawego miejsca.
[5] Nawiązanie do nie żyjącego już tajemniczego osobnika, który ubarwiał życie w mieście.


Pozdrawiam!

11.07.2019

Samoloty nad miastem, cz. I, rozdziały 9-10.

9.
Kolega mój zamieszkał w jednym z bardziej ukrytych wśród zieleni domków. Zajęło mi kilka chwil, nim znalazłem właściwy budynek. Z zewnątrz sprawiał wrażenie opuszczonego, choć zielony bluszcz szczelnie okalający ściany przeczył nieco temu wnioskowi. W ogródku stało mnóstwo nie dokończonych rzeźb, konstrukcji i wszelkiego rodzaju eksperymentów plastycznych. Wiedziałem o zamiłowaniach kumpla do różnych dyscyplin sztuki, nie sądziłem jednak, że obecne zajmuje się  rzeźbą. Skierowałem się ku drzwiom, a tam przeżyłem pierwszy szok. Na wysokości klamki mój znajomy umieścił balon, w balonie umieścił parówkę wystylizowaną na obcięty palec. Gdy pozbyłem się tego okropnego widoku sprzed oczu i z głowy nawet uśmiechnąłem się do siebie. Widać nie przeszło mu płatanie tak absurdalnych, czasem koszmarnych żartów ludziom ze swojego otoczenia. Nacisnąłem na dzwonek, po czym spotkał mnie drugi szok, może nawet większy niż ten związany z parówką w balonie. Otóż zamiast zwykłego dzwonka jakich wiele, odezwał się jeden z najbardziej przerażających śmiechów jakie w życiu słyszałem. Dopiero po chwili zauważyłem małą kamerę zamontowaną wraz z głośniczkiem koło dzwonka. Widać kumpel chciał mnie w tak dziwny sposób powitać. Po chwili otworzył drzwi, przede mną stanął lekko łysiejący facet ubrany w stary, znoszony szlafrok, na nogach miał niebieskie klapki, powycierane miejscami do białości, zaś na nosie miał resztki czegoś, co można by uznać za okulary. Zaczął wykrzykiwać przeróżne mniej i bardziej absurdalne zdania w moją stronę[1]. Uciszyłem go gestem ręki, po czym zacząłem tłumaczyć powód swojego przybycia. Opowiedziałem w skrócie swoje dotychczasowe przygody, po czym przeszedłem do wyłuszczania problemu z jakim do niego przyszedłem. Chciałem aby pomógł mi przelać na papier to, co dopadło mnie na działce. Chodziło o pewne ułożenie w logiczną całość sytuacji z myśleniem o samolocie, lecącym rzekomo do Chin. Kumpel zamyślił się, po czym jak to miał w zwyczaju zniknął  w kuchni. Wrócił z magicznymi pojemnikami zwanymi Matero, w których zaparzył Yerba Mate. Uwielbiam ten napój, zanurzyłem się od razu w gorzkim smaku i w absurdzie jaki potrafi taki napar wywołać[2]. Kumpel zaczął bawić się w analityka moich myśli. Wysnuł wniosek, że myślenie o jakimś tam samolocie i przypisywanie mu pewnych cech wiąże się w sposób oczywisty z ukrywanymi potrzebami[3]. Stwierdził, że najlepiej zrobię znajdując sobie jakąś kobietę z Azji. Wskazał mi Lennona, który z Yoko Ono stworzył ciekawy i wybuchowy tandem. Odrzuciłem taką propozycję, choć w głębi duszy widziałem w takim rozwiązaniu wiele sensu. Kumpel uśmiechnął się dziwnie, po czym odpuścił temat. Przepytał mnie za to z mojej ostatniej twórczości. Niektóre z wierszy czy opowiadań uznał po streszczeniu za godne uwagi. Odpocząłem bardzo u niego, jednak zbliżający się zmierzch spowodował, że powoli szykowałem się do wyjścia. Gdy byłem przy drzwiach kumpel podsunął mi myśl, że przecież mógłbym sprawdzić w Sieci wszystkie pasażerskie loty nad moją działką mniej więcej w godzinach tamtej obserwacji. Odpowiedziałem mu, że domysły są czasem lepsze od prawdy. Przyznał mi niechętnie rację, a na odchodne krzyknął, że zadzwoni do ambasady Japonii z pytaniem czy nie mają singielek mogących zakochać się w poecie[4]. Nieco zmieszany podziękowałem za pomysł i oddaliłem się w szarość kończącego się dnia.

10.
Skierowałem się od razu w stronę znanego mi dość dobrze klubu, gdzie przesiadywali różni twórcy, w towarzystwie swoich pań. Nie miałem niestety towarzyszki, nie dałoby się też zaprosić żadnej ze znanych mi dam. Po prostu pora jak i dzień były niezbyt odpowiednie dla nich, zdecydowałem się na samotne spędzenie wieczoru. Nie spodziewałem się jednak, że znajdę w takim lokalu tak wiele kobiet łasych na mnie i na moją twórczość. Ostatnie co pamiętam to taniec na stole, namolne atakowanie pań propozycjami bycia moimi Muzami, zaś te przebłyski świadomości utonęły  w morzu alkoholu jaki w siebie wlałem tego dnia[5]. Obudziłem się koło 7 rano na wycieraczce klubu, w kieszeni spodni znalazłem kartkę, na której obok mniej więcej 20 numerów komórek widniał napis, abym więcej nie pojawiał się w tym miejscu, pod groźbą wezwania policji. Zebrałem się w sobie, powiedziałem kilka niemiłych słów pod adresem właściciela lokalu, po czym powlokłem się w stronę kamienicy, mieszkał tam mój inny kumpel, z którym chciałem omówić kilka kwestii związanych z twórczością słowną.



[1] Głównie odnoszące się do idei futuryzmu i dadaizmu.
[2] Wrażenia oparte na doświadczeniu Autora. Jak to mówią górale z okolic Zakopanego: ,,Jest to prawda prawdziwa”.
[3] Pewne nawiązania do psychoanalizy, przefiltrowane przez umysł kumpla.
[4] Nawiązanie do związku Lennona z Yoko Ono. 
[5] Wspomnienie autentycznej imprezy, na której Autor przesadził z ilością trunków.

Pozdrawiam!

8.07.2019

Samoloty nad miastem, cz. I, rozdziały 7-8.

7.
Czekanie na autobus umilili mi panowie, których jedną z głównych rozrywek jest zaglądanie do kieliszka. Przedmiotem ich debaty było to czy lepsza jest Amarena brzoskwiniowa czy zwykła. Stanęło na tym, że jeden z tych panów namówił dwóch pozostałych do spróbowania tego trunku o smaku owocowym. Zaznaczył, że plusem jest niska cena, jedynie 3.99 za butelkę. Po przyjeździe mojego autobusu z niedowierzaniem patrzyłem, jak smakosze pakują się do środka przede mną. Na moje szczęście zdecydowali się objąć w posiadanie tylną część pojazdu, co uwolniło mnie od ich ducha jak i ewentualnych zaczepek. Niemal od razu zauważyłem bardzo miło wyglądającą dziewczynę. Była nieco inna od tych dziewczyn pokazywanych w reklamach, mówiąc krótko była zbudowana jak należy. Nie wiedzieć czemu na jej twarzy gościł pewnego rodzaju smutek. Od razu pomyślałem, że może pożegnała akurat kogoś przed długą podróżą. Mój mózg podpowiadał mi, idź do niej, przedstaw się, spytaj się czemu tak fajna dziewczyna tak się smuci. Jednak moje ciało odmówiło współpracy, schowałem się w sobie, zamknąłem można powiedzieć na trzy spusty i nie zdecydowałem się podejść do tej dziewczyny. Skrępowany i zażenowany własną nieudolnością wyszedłem na najbliższym przystanku. Nie wiedziałem, że mogę ściągnąć na siebie nowe kłopoty.

8.
Wysiadłem bowiem w okolicy stadionu jednej ze znanych drużyn piłkarskich[1]. Co ciekawe nie przypominałem sobie, by tego dnia miał odbyć się jakiś mecz tejże drużyny. Jednak parę szybkich, męskich zwrotów skierowanych do mnie i dotyczących mojego zakłopotania sprowadziły mnie na ziemię. Wokoło mnie zaczął rosnąć tłum kiboli, przystrojonych w klubowe szaliki, w rękach kilku z nich lśniły kastety, nabijane sporymi złotymi guzami pierścienie i tym podobna mała broń. Jeden z nich, niski, łysy grubasek podskoczył do mnie i zadał fundamentalne pytanie o aktualny skład drużyny. Wcześniej używając mało parlamentarnych słów spytał się mnie za kim jestem. Wydusiłem z siebie będąc pod ostrzałem wzroku pozostałych, że jestem właśnie za ich ulubioną drużyną. Po chwili zdałem sobie sprawę, że jedyne nazwiska piłkarzy jakie znam z tego klubu odnoszą się raczej do przeszłości. Zacząłem szukać w pamięci jakichś tytułów z gazet, nagłówków z Sieci, czegokolwiek co można uznać za koło ratunkowe. Nic takiego nie przyszło mi do głowy. Mały zażartował sobie ze mnie brzydko, że najpewniej jestem za W.K[2]. Nie zdążyłem nawet złożyć ust do odpowiedzi, gdy w moim kierunku poleciała pierwsza dłoń uzbrojona w pierścienie. Ledwo uchyliłem się od ciosu, kucnąłem, po czym jak najszybciej umiałem wyprostowałem się i z impetem przedarłem się przez ścianę złożoną z kiboli. Zacząłem biec jak najszybciej tylko potrafiłem, za sobą słyszałem już sapanie tamtych, a także ich krzyki, z których najmniej wulgarne to chyba łapać frajera. Z bijącym sercem wbiegłem po kilku schodach, na coś w rodzaju tarasu, tamci chyba nieco ustali, przygaszeni wypitym alkoholem. Nie byłem jednak do końca bezpieczny, Mały od którego wszystko się zaczęło nie dawał za wygraną. Wysforował się zdecydowanie, na jego  ustach gościły zaś obietnice co mi zrobi, gdy mnie dorwie. Na moje szczęście dotarliśmy do dość długich i krętych schodów, wiodących do Zamku, w którym stworzono muzeum sztuki z XX i XXI wieku. Mały wyraźnie osłabł na schodach, ja też nie zyskałem jakiejś wielkiej przewagi, jednak jednoczesny bieg po schodach i krzyki co zrobi się komuś, gdy się go złapie, obniżają zdecydowanie możliwości takiego osobnika. Po mniej więcej 1/3 Mały zrezygnowany oparł się o balustradę. Wtedy wiedziałem już, że im ucieknę . Nie zatrzymując się przebiegłem jeszcze koło Zamku, zatrzymałem się dopiero w okolicy domków w stylu fińskim[3] ulokowanych dość romantycznie na szczycie tego naturalnego tarasu na który wiodły schody. Wiedziałem, że w jednym z nich mieszka mój drugi kumpel, twórca zwariowanych przedstawień, opowieści czy wierszy. Wiedziałem co może mnie czekać u niego, jednak zdecydowałem się po raz kolejny wkroczyć na trudny teren.



[1] Chodzi o stadion jednej z bardziej znanych drużyn, która ma na swoim koncie duże sukcesy w Ekstraklasie.
[2] Nazwa drużyny z miasta oddalonego o ok. 300 kilometrów, ich kibice nie są zbyt przychylnie nastawieni do tej najlepszej drużyny w Ekstraklasie. 
[3] Jedno z ciekawszych miejsc w mieście. Co jakiś czas wracają spory o to, czy należy zostawić te domki czy je burzyć. 

Pozdrawiam!