Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podziw. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podziw. Pokaż wszystkie posty

15.10.2023

Podziwianie twórcy przy pracy.

Utwór będący prześmiewczym wobec mnie i mojego czasem za wielkiego ego. 

Dla S.J. 

,,Podziwianie twórcy przy pracy"

Przyszli dziś punktualnie,
Podziwiać mnie przy pracy,
Wybrałem jednego, będzie dla mnie modelem,
Do portretu. 

Reszta kolegów skupiona,
Podziwia ruchy mej ręki,
Pierwsze linie zrobione, 
Czas na konkrety. 

Grupa nadal skupiona,
Czasem krótki komentarz,
Podziw, zachwyt, emocje,
Tak świetnie dziś maluję.

Mówcie, mówcie mi jeszcze,
Łaskoczcie moje wielkie Ego,
Niech zwija się w szalonych tempach,
Niech rozbija mój umysł na strzępki. 

15.06.2023
Pozdrawiam!

18.09.2023

Railroad Sunset.

Dziś wiersz nawiązujący do obrazu Edwarda Hoppera pod tytułem takim jak mój utwór. 

,,Railroad Sunset"

Czekając na towarowy z Santa Barbara,
Mogę rozkoszować się,
Zachodem Słońca. 

Gdy przyjedzie pociąg,
Złote smugi rozbłyskiem pełzną,
Wtłaczają się w zakamarki,
Tańczą zadziwiająco. 

Czekając na towarowy z Santa Barbara,
Mogę myśleć nad wzorem,
Jaki dziś roztoczy przede mną Słońce,
Spektakl do obejrzenia z mojej,
Wieży strażnika kolei. 

15.06.2023
Pozdrawiam!

28.08.2023

Krojenie cebuli (Wieloletni podziw).

Wiersz nawiązujący do pewnych klasycznych rozwiązań w poezji. 

Dla S.J. 

,,Krojenie cebuli (Wieloletni podziw)"

Patrzę na ręce, które kroją,
Cebulę w idealne krążki,
Dzieje się to już od ponad 30, 
A może i więcej lat. 

Podziwiam ręce, które kroją,
Cebulę w idealne krążki,
Fajka z boku ust pyka,
Z równie wielkim podziwem. 

Całuję ręce, które kroją,
Cebulę we wspaniałe krążki,
Chcę jeszcze podziwiać ten spektakl,
Przez długie, długie lata. 

15.06.2023
Pozdrawiam!

27.04.2023

Chwila w Wielkim Jabłku.

 Wiersz będący zapisem myśli o Wielkim Jabłku jako dość inspirującym miejscu. 

Dla S.J. 

,,Chwila w Wielkim Jabłku"

Jestem na Ósmej Alei,
Po prawej szereg ulic,
Każda może wnieść,
Do historii coś.

Idę i patrzę tylko,
Chłonę miasto,
Podziwiam ludzi,
I ich wyobraźnię. 

Spędzam chwilę w Wielkim Jabłku,
Nie wyróżniam się zupełnie,
Nie chcę tego,
Wolę patrzeć. 

19.11.2021
Pozdrawiam!

14.06.2022

Woskowa przyszłość.

Wiersz będący wyrazem pewnych przemyśleń. 

,,Woskowa przyszłość"

Mój znajomy zaprosił mnie kiedyś,
Bym zobaczył siebie w przyszłości,
Miałem przyjść i podziwiać,
Wystawę figur woskowych.

Wchodzę więc do namiotu,
Ciemno, niewiele widać,
Nagle-bach!-światło zapalone.

Naprzeciwko mnie figura z wosku,
To ja, idealny i piękny,
Podchodzę, dotykam pełen ciekawości,
Chwilę później dostrzegam podstęp. 

Ja w przyszłości, w figurze woskowej,
Zbyt idealnie jak na mnie skrojony,
Wszystko piękne, cudowne wręcz,
A w głowie taki porządek. 

Zachwycony sztuką kolegi,
Wyszedłem z namiotu jednak,
Wolę siebie takiego jakim jestem,
A nie w formie ślicznego odlewu. 

14.12.2020
Pozdrawiam!

21.04.2022

Jej ręce. Jej ramiona.

 Tym razem o sytuacji, gdy ktoś nam bliski decyduje się odkryć przed nami kolejną kartę z prawdą o sobie. 

Dla S.J. 

,,Jej ręce. Jej ramiona"

W końcu się odważyła,
Przyszła do mnie, do domu,
Mając na sobie krótki rękaw,
Wszystko pokazała,
Całą mapę życia. 

Jej ręce, jej ramiona,
Noszą ślady walk,
Samej ze sobą, o wszystko,
Nie wiem co powiedzieć. 

Patrzę tylko, patrzę. 

Po paru chwilach wiem już,
Akceptuję i podziwiam,
Ją z jej całą przeszłością,
Jej ręce, jej ramiona,
Mapą dla nas na życie.

14.11.2021
Pozdrawiam! 

1.03.2021

Do D.L.

Dziś wiersz dedykowany jednemu ze współczesnych reżyserów. 

,,Do D.L."

Znam Pana filmy,
Głównie ze słyszenia,
Coś widziałem we fragmentach,
To oczywiste w tej dobie.

Jednak całość, myśli twórcy,
Są dość odległe,
Trzeba głęboko patrzeć,
Szukać.

Wtedy zbliżę się może,
Do Pana, do Pana umysłu.

Teraz wystarczy mi podziwianie.

27.04.2020
Pozdrawiam!

29.07.2020

Akrobaci (Festiwal sztuk).

Dziś wiersz inspirowany luźno malarstwem.

,,Akrobaci (Festiwal sztuk)"

Na rynku mojego miasteczka,
Odbywa się Festiwal sztuk,
Od rana słychać zapowiedzi,
Idę więc, by dołączyć do tłumu.

W końcu nie tak często,
Możemy zobaczyć akrobatów,
Czy innych artystów ze stolicy.

Podchodzę powoli, blask świateł,
Onieśmiela, jednak po chwili,
Jestem już w ich świecie.

Stoję zauroczony paniami,
Tak pięknie mają podkreślone ciała,
Sztuka najwyższych lotów,
Milion razy lepsza,
Od tego, co na co dzień mamy.

W końcu czy można uznać za sztukę,
Paru grajków, jednego miernego malarza,
I poetę co gubi się w sobie...

3.05.2020
Pozdrawiam!

5.01.2020

Na rogatkach.

Dziś wiersz o tym jak ciekawie byłoby, gdybym mógł pracować przy takich rogatkach jako nadzorca ruchu kolejowego. Przy okazji mógłbym podziwiać świat.

,,Na rogatkach"

W mojej małej wieżyczce,
Przy przejeździe kolejowym,
Czas nie gra wielkiej roli,
(O ile przejedzie ostatni pociąg,
W danym dniu).

Wtedy mogę bezkarnie patrzeć,
Podziwiać zachody słońca,
Pomarańczowe chmury,
Z tej wysokości,
Robią zawsze piorunujące wrażenie.

13.07.2019
Pozdrawiam!

23.08.2019

Samoloty nad miastem, cz. II, rozdziały 7-8.

7.
Akurat w tamtej chwili nie było zapowiedzi żadnego ciekawego występu. Stwierdziłem, że najlepszym wyjściem będzie pokręcenie się pod symbolem miasta, wielkim drapaczem chmur sprzed wielu lat. W okolicy zawsze kręcili się ciekawi osobnicy, tym razem także trafiłem na jednego. Czuć było już jak blisko zaprzyjaźnił się z butelką, bynajmniej nie soku, widać było, że w kieszeni ma puszkę złocistego napoju, którą z nabożną czcią przytrzymywał sobie ręką. Zadał mi bardzo trudne pytanie, gdzie według mnie ma się schronić, by móc w spokoju wychylić jej zawartość. Spojrzałem na niego jak na dziwaka, on zaczął się nakręcać, pytał czy ktoś mu pomoże, bo pytał co najmniej dwudziestu osób, każdy szedł dalej, udając nieistnienie tego gościa. Ja też nic mu nie mówiłem, szczerze podchodząc do tematu wiedziałem właściwie zero na temat tego jak wypić piwo w mieście i nie być złapanym przez jakieś służby. Gość w końcu odczepił się ode mnie, grzecznie przeprosił za męczenie mnie i oddalił się w sobie tylko znanym kierunku[1]. Odetchnąłem z ulgą, nie byłem w stanie znieść już jego zachowania, jego podejścia do ludzi, którzy mogą nie wiedzieć jak rozwiązać jego problemy. Dla dalszego odprężenia postanowiłem odwiedzić zagrożone do niedawna likwidacją muzeum. Parę miesięcy wcześniej słyszałem o przepychankach słownych i na piśmie między ministrem zajmującym się muzeami, a miastem. Nikt nie chciał płacić zaległości muzeum, powstałych nie wiadomo (w uznaniu obydwu stron) dzięki komu. Ostatecznie niemalże w ostatnim dniu urzędowania tej placówki, gdy większość eksponatów była gotowa do rozwiezienia w parę miejsc w kraju podjęto decyzję, że jednak muzeum może dalej istnieć. Wszedłem do środka, kupiłem bilet, po czym ruszyłem na podziwianie kolejnych sal panoptikum. Szczególnie interesowały mnie stare maszyny do pisania, ze względu na moje zajęcie wydawało się to dość logiczne. Szybko przeczesałem kolejne pomieszczenia, w końcu dotarłem do królestwa z tymi urządzeniami. Niemal wszystkie zrobiły na mnie wielkie wrażenie, choć w podświadomości miałem myśl o małej przydatności w XXI wieku takich maszyn, to świadomość kusiła mnie, abym znalazł jakąś dobrej firmy i nauczył się z jej pomocą tworzyć swoje dzieła. Siedzący do tej pory pod ścianą mężczyzna, pewnie opiekun sali wstał i zaczął zbliżać się w moją stronę. Wyraził zdziwienie, że ktoś chce podziwiać jeszcze takie wytwory ludzkich rąk. Wyjaśniłem mu krótko czym się zajmuje, on z uznaniem kiwał głową, po czym zaproponował mi kupno machiny. Z początku broniłem się, tłumaczyłem jak niewprawionym mogę być użytkownikiem, że mogę zniszczyć taki eksponat. On zaśmiał się i wyjaśnił mi swoje zamiary. Nie chciał sprzedawać niczego z wystawy, miał jeden egzemplarz w swoim kantorku. Podał wstępną cenę, od której zakręciło mi się w głowie. Nie chcąc go urazić obiecałem przemyślenie sprawy, niemal truchtem opuściłem muzeum, wiedziałem już, że raczej tam nie wrócę. Miałem jeszcze nieco czasu przed swoimi codziennymi obowiązkami w postaci pisania kolejnych rozdziałów powieści, postanowiłem więc podejść kawałek do pasażu handlowego, aby popatrzeć sobie na ludzi. Zawsze, gdy jestem w mieście, swoim czy jakimś innym lubię popatrzeć sobie na jego mieszkańców. Wnioskuję zawsze po zobaczeniu kilkudziesięciu, albo nawet kilkuset osób, jaki jest wiodący styl miasta, co jego mieszkańcy lubią robić w wolnych chwilach, ogólnie czerpię inspirację do swoich działań literackich. Tym razem zawiodłem się nieco, główny trzon przechodniów stanowili barczyści panowie, ubrani w większości w podobne bluzy z kapturami, ich szyje zdobiły złote łańcuchy i szaliki z barwami klubowymi. W rękach mieli butelki piwa i bilety na najbardziej ultras trybunę na stadionie. Wolałem przeczekać ich przemarsz w pobliskim sklepie z płytami. Znałem mniej więcej właściciela, parę razy kupowałem u niego jakieś płyty CD z muzyką. Dziś jednak nie dopisało mi szczęście. On też należał do ultrasów, dziwne, bo w czasie tych kilku moich wizyt u niego nic na to nie wskazywało. Wycofałem się więc zupełnie i poszedłem w kierunku palmy będącej nieoficjalnym symbolem miasta. Zaryzykowałem nieco swoje zdrowie i życie przedzierając się pod jej podstawę. Tam postanowiłem usiąść i pomyśleć nad kilkoma szkicami nowych dziełek. Nic szczególnego nie udało mi się wymyślić, podszedłem więc do pobliskiego muzeum. Swoją drogą zadziwiające jest to, ile w tym moim mieście jest tego typu przybytków kultury. Czyżby mieszkańcy w czyichś oczach uchodzili za wzorzec chamstwa? Właściwie nie zastanawiałem się nad tym głębiej w przeszłości, nie jestem nawet pewny czy w ogóle ktokolwiek starał się rozwiązać problem z bardziej naukowej strony. Gdy byłem już blisko budynków muzealnych do moich uszu zaczęły docierać dźwięki przetworzone przez megafon. Wyraźnie i tu dotarli ci szaleńcy z parku. Szybko zmieniłem swój plan i zszedłem na dół, schody poprowadzono w zapuszczonej do granic możliwości wieżyczce mostu, musiałem niemal biec, taki fetor docierał momentami do mojego nosa. Wróciłem do domu, zjadłem coś na obiad połączony z kolacją, po czym walnąłem się do łóżka.

8.
Po przebudzeniu się następnego rana uznałem, że należy skorzystać z dość ładnej pogody, postanowiłem odwiedzić kompleks leśno-parkowy, znajdujący się ni to w granicach miasta, ni to poza nim. Po szybkim śniadaniu udałem się na przystanek, wiedziałem jak długa czeka mnie podróż, jednak wiedziałem też co czeka mnie na miejscu docelowym. Jazda nie dłużyła mi się wcale, choć do pokonania miałem jakieś 30 parę przystanków. Atrakcje zapewniła mi pewna młoda dama, której dziecko spało sobie w wózku, towarzyszył jej postawny facet, który jak się później okazało był jej bratem. Na początku rozmawiali między sobą, potem kobieta zauważyła sąsiadkę, nie wiem tylko czy z miejsca jej zamieszkania, a może była to tylko jakaś znajoma. Ta druga babka była zdecydowanie starsza, pamiętała jak ta pierwsza dama i jej brat łazili po okolicy robiąc przy okazji różne dziwne rzeczy. Po paru zdaniach rozmowa zeszła na niebezpiecznie grząskie tematy związane z właścicielami kamienic, którzy mają dość niejednoznaczną proweniencję, a ich jedynym marzeniem jest wykurzenie ludzi z ich nieruchomości[2]. Na szczęście białogłowa wysiadła po jakichś 10 minutach gadaniny, w pojeździe zapanował dziwny spokój. Reszta podróży minęła mi dość przyjemnie. Na miejsce dotarłem po mniej więcej godzinie od wyjścia z domu. Wysiadłem na osamotnionym przystanku, który sąsiadował bezpośrednio z terenem zielony, gdzie chciałem spędzić choć część dnia. Przypomniałem sobie, że wiele lat temu na parkingu znajdującym się po drugiej strony od przystanku stało wesołe miasteczko. Z radością miało ono niewiele wspólnego, wszystkie atrakcje były osnute czymś na kształt mgły dziwności, jakby cała ekipa lunaparku przybyła z bardzo daleka do naszego kraju. Nie wiem czemu od razu nasunęło mi się wtedy skojarzenie z podobnym miejscem, nie działającym od lat z powodu zanieczyszczenia środowiska przez elektrownię atomową. Dziś nie wiem czy była to prawda czy tylko mój umysł dziecka działał na jakichś innych falach rejestrując rzeczywistość, po czym przetwarzał ją na swoją modłę. Nie rozwodziłem się więcej nad tym co widziałem na parkingu wiele lat temu, chciałem jak najszybciej pooddychać dobrym powietrzem. Gdy tylko wszedłem w drzewa, w las odczułem kolejną falę jakby nostalgii. Wtedy, wiele lat temu przy ławkach stały kosze przypominające ponury żart architekta. Miały kształt walca, a ich górne części były stylizowane na muchomory. Tak jak w przypadku mało wesołego miasteczka tak i w tym momencie nie wiedziałem czy to co podpowiada mi mózg jest prawdą czy nie. Szczerze mówiąc bałem się nieco swoich wspomnień, bo wynaturzone pewne elementy nie przywodziły za sobą nic dobrego. Szybko odgoniłem od siebie złe myśli, odnalazłem wzrokiem kawiarenkę ukrytą wśród drzew. Wybrałem stolik najbliżej głównej alejki, zamówiłem coś do picia, po czym przystąpiłem do kreślenia szkiców nowych form literackich. Szło mi całkiem nieźle, bowiem nikt mi specjalnie nie przeszkadzał, ot kilka razy podeszła kelnerka z pytaniem czy nic więcej nie potrzebuję. Napisałem wstęp do kilku nowych opowiadanek, w końcu zmęczyłem się na tyle, że postanowiłem wrócić do miasta.





[1] Historia prawdziwa z życia Autora.
[2] Prawdziwa historia, Autor doświadczył podobnego zachowania w autobusie miejskim.

Pozdrawiam!

17.08.2019

Samoloty nad miastem, cz. II, rozdziały 3-4.

3.
Dość sprawnie dotarłem do centrum mojego miasta, od razu czuć było jego puls, zupełnie inny niż w mieście, w którym do niedawna byłem z Muzą. Tu wszyscy gdzieś się spieszyli, ewentualnie tworzyli wokół siebie jedynie takie wrażenie. Szybko przypomniałem sobie w jaki sposób należy poruszać się po ulicach, w dość sporej liczbie osób na metr kwadratowy. Wbrew pozorom nie trzeba mieć oczu dookoła głowy, wystarczy odrobina skupienia, by wczuć się w rytm miasta, w rytm żyjących w nim ludzi. Wtedy można dość łatwo niemal w każdej sytuacji przewidzieć  w jaką stronę skręci lub nie mijana przez nas osoba. Postanowiłem przejechać się metrem do zupełnie innej dzielnicy, niż moje miejsce zamieszkania. Droga nie była zbyt trudna, choć przy przesiadce z jednej linii do drugiej należało nieco popatrzeć na znaki umieszczone w dość dziwnych miejscach. Pociąg metra potrzebował zaledwie paru chwil, by dostarczyć mnie wraz z niewielką grupką osób na drugi koniec miasta. Po wyjściu z podziemi przeżyłem mały szok, dość długo nie byłem w tej dzielnicy, a w międzyczasie wiele się zmieniło. Przede wszystkim wyremontowano wiele kamienic, które w czasie ostatniej wizyty wyglądały jakby miały się zaraz zawalić. Teraz większość z nich wyglądała tak, jakby czas się nieco cofnął i znów było dwudziestolecie międzywojenne. Zagwizdałem cicho z uznaniem, widać pieniądze wykładane przez różnych deweloperów nie idą tu na marne. Zdecydowałem ruszyć w kierunku teatru, który znajdował się w okolicy bardzo ciekawego parku. Jego cechą szczególną była dość duża liczba wszelakich cieków, w tym jedno duże jeziorko. Słyszałem kiedyś, że w okolicy może kręcić się Mistrz spotkany nie tak dawno w pociągu. Krok mój stopniowo stawał się coraz bardziej chwiejny, miałem w pamięci to nieszczęsne spotkanie przy WC, nie miałem pojęcia w jaki sposób mam zagaić, jeżeli ten szanowany poeta faktycznie będzie w okolicy teatru. W pewnej chwili moje dywagacje zostały przerwane przez krótkie dotknięcie mojego ramienia. Zdziwiony odwróciłem się i za sobą zobaczyłem roześmianą twarz, po chwili dotarło do mnie, że to zaczepia mnie sam Mistrz. Osunąłem się parę centymetrów do ziemi, jego silne ramię uratowało mnie przed upadkiem i totalną kompromitacją. Jak zza mgły zaczęły docierać do mnie jego słowa, a także zarys miejsca w jakim się znaleźliśmy. Poeta przywlókł mnie do budynku sztuki, właściwie usadowił mnie na krzesełku przed odeonem. Świadomość wróciła mi na tyle, aby spytał się Mistrza co sądzi o moich pracach Ten uśmiechnął się lekko, po czym wsunął mi w ręce moje dziełka, napisał na nich, że nie jestem jeszcze na poziomie jego i jemu podobnych, jednak mam swój styl, ważne jest jedynie to, bym nie ustawał w doskonaleniu swoich umiejętności. Kolejny raz nie byłem w stanie nic powiedzieć, uśmiechnąłem się jedynie w podziękowaniu. Mój mentor poznany w sposób komiczny niemal odwzajemnił uśmiech, po czym powiedział coś na do widzenia. Zdołałem wymamrotać coś na kształt: ,,Żegnaj Mistrzu", po czym osunąłem się na krzesło. Gdy szok minął postanowiłem udać się do pobliskiego muzeum, mogłem tam ochłonąć, jednocześnie przenosząc się w czasie, choćby na godzinę. Panoptikum mieściło się w dość starym, dwupiętrowym budynku, prawdopodobnie po jakiejś fabryce. Gdy tylko wszedłem do środka ogarnął mnie jakiś dziwny wewnętrzny spokój. Pewnie światła wydobywające się z licznych neonów jakie zgromadzono na wystawie tak na mnie podziałało. Poczułem się przez te kilkadziesiąt minut jakie spędziłem wśród tych kolorowych lampionów jakbym był w Las Vegas lub podobnym miejscu, gdzie patrzy się na człowieka raczej od strony kieszeni, a nie całości. Aby w jakiś sposób zadośćuczynić rozrzutnej stronie mojej natury postanowiłem udać się na obiad, a może raczej lunch do pobliskiej, bardzo znanej restauracji[1].

4.
Chęci jak to zwykle bywa stały się moją jedyną bronią, tak jak wcześniej właściwie nie dysponowałem większą kwotą, mogłem co najwyżej popatrzeć sobie na ludzi spieszących do tej knajpy. A było na co patrzeć. Panie w wytwornych wieczorowych niemal sukniach, panowie we frakach, wszyscy w tonach czerni, ewentualnie ciemnych kolorów. Śmieszny wydał mi się przy nich facet, który przyszedł w dresach, pod rękę szła z nim dama, wyfiokowana do granic absurdu, z rzęsami długimi jak moje palce, z ustami wielkimi jak ponton, o biuście nie wspominając. Facet wdał się w pyskówkę z kelnerem stojącym na zewnątrz lokalu, tamten za nic nie wiedział jak ma znaleźć w swoim notesie nazwisko tego faceta. Nagle jak spod ziemi wyłonił się właściciel tego przybytku, wszystkie rozmowy ucichły, ludzie zaczęli patrzeć. Przyglądali się szefowi G[2]. jak urzeczeni, prawdopodobnie awantura przy wejściu wzbudziła jego zainteresowanie. Po chwili facet w dresach z damą wszedł do środka, jego mina mówiła jednak prawdopodobnie tyle, że już nigdy nie zawitają do tego przybytku. Przez chwilę nie mogłem powstrzymać się od śmiechu, oto niemalże kloszard wdrapał się po drabinie społecznej i może zasiąść przy stoliku tej zacnej miejscówki. Moją reakcję musiał zauważyć przechodzący w pobliżu hipster, spojrzał się na mnie dwuznacznie, po czym spytał czy naprawdę nie wiem kto wszedł do restauracji. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie mam pojęcia. Okazało się, że facet w dresach to bardzo znany reżyser[3], który kręci filmy klasy C, przesycone tanim komizmem, doprawione do smaku różnymi mniejszymi i większymi świństewkami. Zdziwiłem się nieco, znany człowiek, a wygląda jakby wynurzył się z odmętów jakiejś zatęchłej bramy. Hipster szybko wyjaśnił mi, że ciuchy reżysera wyglądają jedynie na tanie, w rzeczywistości potrafią kosztować krocie. Teraz musiałem wyglądać wyjątkowo zabawnie, pewnie moja szczęka zawisła jakieś pięć centymetrów nad podłogą z wrażenia, nie wiedziałem nigdy wcześniej o czymś takim jak dresy wyglądające na ostatnie łachy, które kosztują jednak majątek. Zniechęcony do takich luksusów postanowiłem poszukać czegoś na moją kieszeń. Wsiadłem w tramwaj i podjechałem parę przystanków do pizzerii. Prawdopodobnie w moich żyłach krąży mieszanka krwi Włocha i Azjaty, bowiem bardzo lubię zarówno powyższe kultury jak i kuchnie. Zjadłem zamówione danie, wyszedłem na ulicę i stwierdziłem, że pora chyba wracać do domu. Wybrałem tym razem autobus, miał mnie podwieźć pod metro. Na bodajże trzecim przystanku od początku mojej podróży zauważyłem znajomą postać. Była to moja dość bliska znajoma, która zawodowo zajmowała się malarstwem. Chyba zobaczyła mnie przez okno pojazdu, bowiem po otwarciu przez kierowcę drzwi weszła do środka. Przywitaliśmy się dość kurtuazyjnie, nie widzieliśmy się dobrych parę lat. Szybkie przypomnienie wspólnych działań artystycznych na powrót przeniosło nas na dobrą stopę kontaktów. W czasie krótkiej jazdy pod wejście do metra zdążyliśmy porozmawiać nieco o swoich osiągnięciach. Moja znajoma wzbiła się na wyżyny swojego talentu, miała podobno kilka dużych wystaw, a jeden z jej obrazów został nawet zlicytowany za okrągłą sumkę. Aby dorównać jej w osiągnięciach musiałem sztucznie nadmuchać swoje dokonania, popatrzyła na mnie zdziwiona i spytała czy to prawda, w końcu odkąd mnie zna pisywałem raczej do szuflady, ewentualnie dla wąskiego grona odbiorców. Odpowiedziałem jej ze śmiechem, że zna mnie doskonale, chciałem bowiem wypaść w jej oczach lepiej niż te parę lat temu. Uśmiechnęła się tajemniczo, po czym wysiadła na kolejnym przystanku. Nie wiedziałem co miało znaczyć to spotkanie, ani moja próba okłamania jej. W końcu i tak oszustwo wydałoby się w przeciągu kilku godzin. Wystarczyło wpisać moje nazwisko do wyszukiwarki, by w odpowiedzi uzyskać parę moich dyplomów za wiersze, dwa wiersze w antologii i kilka opowiadań zamieszczonych w magazynach literackich dla małych kręgów czytelników. Zanurzyłem się w swoich myślach i wręcz automatycznie dotarłem do swojego domu. Szybko wrzuciłem coś na ząb, poszedłem do wanny na parę ładnych minut, przed snem poczytałem trochę dzieło Mistrza, po czym poszedłem spać.



[1] Szefem był mniej znany człowiek, choć nazwisko jakie nosił miało renomę.
[2] J.w.
[3] Kręci filmy na poziomie muzyki disco-polo. Nikt się nie przyznaje do oglądania, wszyscy jednak znają cytaty czy sceny z tych dzieł. 


Pozdrawiam!

4.08.2019

Samoloty nad miastem, cz. I, rozdziały 24-25.

24.
Wdrapaliśmy się z mozołem na piętro, drzwi otworzyła moja towarzyszka, powiedziała mi o swoich snach. Znów męczył ją jeden szczególny, zwykle po pojawieniu się tej mary przez pół dnia chodziła jak struta. Tym razem musiała jednak zacisnąć zęby, przed nieznajomymi udała niewzruszoną adoratorkę artystów. Wraz z moim kumplem zaoferowała nam herbatę oraz ciasto. Zgodziliśmy się chętnie, spytała się jeszcze czy nie pogniewamy się jeśli wróci do sypialni zdrzemnąć się chwilę. Z pomocą swoich oczu pokazałem jej, że może tak uczynić, dodałem też w ten sam sposób, że po załatwieniu spraw przyjdę do niej. Moja Muza wychodząc figlarnie spojrzała na moich towarzyszy. W końcu mogłem dowiedzieć się w czym była cała rzecz. Jacek wyłożył wszystkie karty na stół. Daje mi od miesiąca do trzech, abym napisał sztukę, ewentualnie powieść o trudach bycia artystą. Nie wiedział bowiem czy lepiej będzie moje dzieło wystawić w teatrze czy raczej wydać w jednej z należącej do tej instytucji oficynie. Przyjąłem ogólne założenia, dopytałem go jednak o stopień wolności w tworzeniu. Powiedział mi, że jak dla niego mogę zrobić to w całości w sposób wolny, a nawet dowolny. Podziękowałem za zaufanie, po czym oddaliłem się mówiąc o sprawdzeniu co u mojej Muzy słychać. Cichutko wślizgnąłem się do pokoju, światło było zgaszone, jednak bez trudu znalazłem ją leżącą na łóżku. Jej ciało było takie spokojne, usiadłem na krześle, starałem się jej nie zbudzić. Otworzyła jednak oczy i spytała co ustaliliśmy. Powiedziałem jej, że teraz ważne jest podróżowanie. Ważne będzie otwarcie się na wszelkie bodźce, które po zapisaniu mogą stać się osnową sztuki albo powieści. Moja Muza uśmiechnęła się cudownie, zaproponowała abyśmy od razu ruszyli w drogę. Zastanawiałem się chwilę po czym przyznałem jej rację. Zebraliśmy szybko nasze rzeczy, podziękowaliśmy mojemu koledze za gościnę i rzuciliśmy się w wir kolejnych przygód w tym mieście.

25.
Po wyjściu przed kamienicę, gdzie spędziliśmy parę wspaniałych chwil zaparło nam dech w piersiach. Miasto skrzyło się od słonecznych iskier, dachy wyglądały jakby zrobiono je ze złota, a każdy szklany fragment budynków odbijał sto, tysiąc a może nawet i milion razy więcej światła niż przyjmował. Należało w tym całym promienistym otoczeniu znaleźć drogę do kolejnych wyzwań, kolejnych miejsc wartych zobaczenia, by mieć potem o czym napisać dla dyrektora Jacka. Skierowaliśmy się w stronę Słońca, nie od dziś wiadomo, że jest ono dobrym doradcą dla żeglarzy czy wędrowców. Tego ostatniego złapaliśmy się z niezwykłą chęcią. W końcu nasze chodzenie po tym mieście można porównać do wędrowania, lecz tu mieliśmy jeden cel, zobaczyć i przeżyć jak najwięcej. Przy zwyczajnych wędrówkach nie zawsze jest to na pierwszym miejscu. Tym razem zdecydowaliśmy się na piesze przemierzanie ulic. Z początku wszystko przypominało mi moje miasto, zostawione tam gdzieś w oddali. Jednak z biegiem czasu ulice stawały się uliczkami, kamienice kamieniczkami, tylko nie wiem czemu ludzie nie chcieli stawać się ludzikami. Po mniej więcej 25 minutach spędzonych z Muzą na poetyckich rozmyślaniach doszliśmy w niezwykłe miejsce. Pośród uliczek miasta wyrastał wyglądający na bardzo stary budynek, który w pierwszej chwili przywiódł mi na myśl plac św. Marka w Wenecji. Poświęciliśmy parę chwil na podziwianie tej gotycko-renesansowej bryły, jej ,,ślepych okien", białej, dość niskiej przybudówki. Muza dojrzała nagle na jednej ze ścian tabliczkę z informacją, gdzie trafiliśmy. Okazało się, że jest to stara synagoga, od razu stwierdziliśmy, że warto byłoby zobaczyć co znajduję się w jej okolicy. Przeszliśmy kawałek brukowaną alejką, została wyłączona z jakiegokolwiek ruchu chyba dawno temu. Po drodze minęliśmy pierwsze oznaki, że dzielnica ta niesie za sobą kolejne tajemnice. Otóż w niektóre szyldy przeróżnych sklepów, kawiarni czy galerii sztuki wyglądały tak, jakby czas zatrzymał się w okolicach XV wieku. Razem z Muzą musiałem przerwać te mikro obserwacje, bowiem przed nami wyrósł kolejny znakomity budynek. Tym razem bryła odcinała się nieco od sąsiadów za sprawą specyficznego koloru, dodatkowo tynk zaczął odpadać z niej dość dużymi kawałkami. Dziwna nadbudowa nad dachem w kształcie trójkąta zrobiła na mnie dziwne wrażenie. Moja towarzyszka i tu wykazała się spostrzegawczością, bowiem dosłownie po minucie wiedziałem, gdzie się znajdujemy. Byliśmy przed drugą synagogą. Od pierwszej różniła się w czasie powstania o wiek. Widok całości sprawił mi bardzo dużą przyjemność ale także swojego rodzaju zagwozdkę. Nie byłem bowiem pewny czemu synagoga ta znajdowała się na piętrze, czyżby jakiś znamienity przywódca dzielnicy żydowskiej uznał taką lokalizację za bliższą Stwórcy? A może przeważyły zupełnie przyziemne rzeczy. Wyrwany przez moją najbliższą osobę z rozmyślań musiałem puścić się niemal biegiem, by za nią nadążyć. Wyczytała bowiem na jednej ze ścian, że zaraz obok jest trzecia synagoga. Wiedziałem już, że wycieczka do tej dzielnicy była zdecydowanie najlepszym wyjściem na tą chwilę. Ostatnia bożnica wywarła na mnie największe wrażenie, pierwsza myśl jaka przeszła mi wtedy przez głowę dotyczyła podobieństwa schodów zlokalizowanych po dwóch stronach, do jakiegoś ważnego budynku w naszej religii. Tu jednak przy styku schodów znajdowało się coś na kształt wiaty, pewnie służyła ważnym gościom tego domu Boga. Oczarowany tymi widokami zostałem siłą zaciągnięty do jeszcze jednego miejsca, na stary żydowski cmentarz. Dopiero tam poczułem jak te wszystkie miejsca się ze sobą łączą. W tamtym momencie doznałem wrażenia, jakby cała historia tej dzielnicy ukazała mi się przed oczami, wszystkie momenty dobre i złe, momenty chwały i pogrążania się w upadku, wszystko to sprawiło, że udaliśmy się do nie tak odległego hostelu. Chcieliśmy bowiem z Muzą na bazie doświadczeń tego dnia stworzyć wiersze będące zapisami chwil. Tak też zrobiliśmy, po szybkiej kolacji w knajpce koło naszego miejsca nocowania udaliśmy się do pokoju, by w spokoju przemyśleć nasze kolejne kroki w tym mieście.

Pozdrawiam!

31.05.2018

Atomium.

Dziś wiersz będący wspomnieniem wizyty w tym ciekawym obiekcie.

,,Atomium"

Z zewnątrz srebrne kule,
Połączone takimi samymi prostymi,
Atom tak wygląda?

Nie mam pojęcia,
Nie znam się na tym zupełnie,
Widzę w tej budowli coś,
Co można nazwać wszystkim w jednym.

Świat zatrzymuje się tutaj,
Wszyscy podziwiają,
Wszyscy patrzą ciekawi,
Wszyscy, no może nie do końca,
Wchodzą do środka.

A tam świat skompresowany,
Małe okna nie pozwalają patrzeć,
Wszystko klaustrofobią czuć,
Nie tak sobie wyobrażałem atom.

Rozczarowanie wykręca mi twarz.

25.03.2018
Pozdrawiam!

27.10.2014

O postaciach z marmuru.

Pewnie każdy z nas ma jakąś postać, którą w jakimś stopniu podziwia. Jednak może się zdarzyć tak, że przy pierwszym bliskim zetknięciu się z taką osobą przeżywamy rozczarowanie. Pozostaje wtedy albo wycofać się i na przykład zmienić obiekt podziwu, ewentualnie można ukryć się gdzieś w cieniu i nadal podziwiać tę osobę. 

,,O osobistych bogach"

Zza mgły papierosa w ustach,
Wyłania się twarz dojrzała,
Coś szepcą kąciki ust,
Nie zrozumiesz znaczenia słów.

Podziwiasz zatem w milczeniu,
Swego boga co zstąpił na Ziemię,
Tego, który sprawia,
Że ludzie są zamyśleni.


9.10.2014

Pozdrawiam!