Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mistrz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mistrz. Pokaż wszystkie posty

12.09.2022

Cel.

Wiersz powstał jako moje pytanie o sens tworzenia, a może szerzej o sens właściwie wszystkiego. 

,,Przytłacza mnie świadomość, że jestem tylko biedną małpą, która ryje coś tam na ścianach jaskini. Dla kogo? Po co?..." 

Zdzisław Beksiński

,,Cel"

Czasem tak jak powiedział Mistrz,
Mam chwile zwątpienia,
Po co, dla kogo coś piszę,
Jeśli świat prawdziwy nie istnieje. 

Jeśli to tylko wymysł mojej głowy,
Matrix czy coś w tym tonie,
Dla kogo piszę, dla siebie,
Czy dla kogoś w tym świecie,
(Kto się w nim wyroi). 

Jaki mam cel w tym wszystkim,
Samolot na wieczornym niebie,
Dziwnie migają światła,
Chcę tam, chcę polecieć gdzieś,
Przed siebie, w dowolne miejsce. 

Wtedy może przestanę być małpą,
Ryjącą napisy na ścianach, 
A zacznę przypominać twórcę. 

12.02.2022
Pozdrawiam!

23.08.2021

Chęć oceny.

Wiersz o tym, jak męczące może być uznanie kogoś za Mistrza w jakiejś dziedzinie. 

,,Chęć oceny"

Przychodzą do mnie o każdej porze,
W rękach taszczą teczki swoje,
W nich rękopisy, albo na maszynie,
Napisane wiersze.

Mają mnie za Mistrza,
Chcą oceny ich dzieł,
A ja, z każdą taką prośbą,
Oddalam się od życia, stygnę. 

Nie jestem Mistrzem, nie aspiruję nawet,
Więc czemu mam oceniać czyjeś,
Wiersze, na kartce papieru,
Gdzie kawa, gdzie łza, gdzie ołówek,
Tam już nie ma miejsca dla mnie. 

Nie oceniam, nie umiem,
Nie umiem oceniać, 
Nawet dla siebie czasem jestem,
Zbyt obcesowy.

Zamykam już drzwi,
Kładę się do łóżka,
Oby do jutra,
Oby...

16.03.2021
Pozdrawiam!

6.11.2019

Zmęczenie mistrza.

Dziś parę słów o tak przyziemnej sprawie jak zwyczajne zmęczenie codziennymi zadaniami.

,,Zmęczenie mistrza"

Zmęczenie może przyjść tak szybko,
Bez zaproszenia i bez chęci,
Ze strony osób czy też grup ich,
Dotyka macką nawet wielkich.

Siedzę zmęczony, ja mistrz stary,
Wkoło tłum uczniów, grupy mędrców,
Będziemy długo dyskutować,
Na bardzo trudne dnia tematy.

Duch mój nie jest tam obecny,
Wędruje sobie, tak daleko,
Przyroda kusi i kołysze,
Moją duszę tak zmęczoną.

Nikt się nie pyta, nikt nic nie chce,
Idylla mówiąc w wielkim skrócie.

Do życia budzi mnie asystent,
Mówi mi coś o działaniu,
Dusza i ciało znów złączone,
Męczyć się długo będę musiał.

18.02.2019
Pozdrawiam!

7.09.2019

Samoloty nad miastem, cz. III, rozdziały 6-8.

6. 
Obudziłem się parę godzin później w kuchni starszego pana. Siedziałem na ładnym, miękkim fotelu. Gospodarz siedział obok mnie z kubkiem herbaty. Uśmiechał się przyjaźnie, po chwili zadał mi jedni pytanie. ,,Czy przychodzisz od swojego Mistrza, mojego bliskiego przyjaciela G.?”. Odpowiedziałem szybko, że nie, jestem tu w celu zasięgnięcia opinii w jednej sprawie ze styku sztuki i finansów. Zdziwił się nieco, po czym zaczął słuchać z uwagą, przedstawiłem mu cały pomysł mojego kolegi, wskazałem jakie zdanie miał o tym przedsięwzięciu G. nawiedzając mnie w śnie. Przedstawiłem mu także swoje zdanie na ten temat. Po chwili myślenia wypowiedział się. Nigdy nie spodziewałem się po tak wielkim twórcy takiej dozy zapału do uczestniczenia wraz ze mną w całej akcji. Stwierdził, że pomysł jest warty uwagi ze względu na możliwość przywrócenia poezji, a także sztuki operowania słowem na zasłużone tory. Umówiłem się z nim na kontakt telefoniczny, gdy tylko zdobędę jakieś nowe informacje w sprawie. Podświadomie wiedziałem już jednak o sprzeciwie, który miał polegać na braku takiej informacji, ewentualnie jako informacji fałszywej. Zszokowany z lekka reakcją mojego organizmu wróciłem uważając bardzo na siebie do domu. W mieszkaniu zjadłem coś bardzo szybko, po czym położyłem się spać. Usnąłem bardzo szybko, męczyły mnie jednak przez jakiś czas mieszające się ze sobą sny. Jeden z nich wiązał się z moim Mistrzem nazwijmy go osobistym, drugi z Mistrzem podziwianym tylko.  W pewnym momencie mój mózg stworzył nieprawdopodobne obrazy z ich udziałem,  przeniósł ich w scenerię znaną z serii gier na konsole, gdzie dwie postaci chodzące do środka ekranu walczą ze sobą wykorzystując techniki wschodnich sztuk walki wsparte kulami mocy i tego typu fantastycznymi elementami[1]. W moim śnie Mistrzowie walczyli przede wszystkim za pomocą słów, układali na szybko mocne rymy, wybijali się wzajemnie z rytmu myśli, nigdy nie wchodzili za to na tereny zakazane, nie obrażali nikogo poza sobą, jeśli w jakimś momencie uznali to za konieczny element walki. Ich obraźliwe linijki nie były jednak chamskie, zawierały w sobie wielką porcję humoru, inteligencji i umiejętności formowania świata słowami. Całość była przesycona absurdem w takim stopniu, że mój mózg w pewnej chwili uznał je za zbyt wielkie, obudziłem się nieco zdziwiony tym, co może wytworzyć ten element ciała człowieka.

7.
Odczekałem kilka godzin do rana, po czym zdecydowałem się na kontakt z Muzą. Połączenie było słabej jakości, wykpiła się otoczeniem gór. Zdziwiony chciałem zapytać ją o miejsce pobytu, w końcu nie pamiętałem, aby miała się przenosić gdzieś z Hansem, a w jego miejscu zamieszkania nie zanotowałem jakichś szczególnie wysokich gór.  Moje osobiste Natchnienie uspokoiło mnie jednak, wewnętrznie czułem, że mimo tego coś jest nie tak. Ostatecznie pozdrowiłem jedynie moja towarzyszkę, kazałem też powiedzieć parę słów Hansowi na temat naszej ewentualnej współpracy w przyszłości. Zdziwiony i nieco zmieszany postanowiłem usiąść do pracy. Miałem w końcu do skończenia kilka ważnych tekstów dla portali literackich, zamówione życzenia z różnych okazji, a także parę wierszy na kilka współczesnych tematów. Cały czas z tyłu głowy miałem parę wspomnień związanych z tą ważną dla mnie i pośrednio dla mojego tworzenia osoby.

8.
Jedno z nich związane było z przeszłością Muzy w pewnym mieście w kraju. Miała wtedy około 20 lat, dała się wciągnąć w niezbyt jasne i czyste interesy pewnego człowieka. Nie ma sensu wdawać się w szczegóły, wystarczy jedynie podać, że uratował ją od zguby pewien ksiądz, od chwili dowiedzenia się o całej sytuacji uznałem, że nie do końca uczciwie wkładałem do jednego worka większość przedstawicieli tej profesji.  Przyjąłem Muzę pod swój dach, gdy tylko dowiedziałem się o jej ucieczce od tego złego człowieka. Na początku spędziliśmy ze sobą jakiś czas na poznawaniu siebie nawzajem. Gdy pierwsze lody puściły zaczęła mi opowiadać jak wyglądało życie z przestępcą. Cały czas bała się o swoje życie, bała się właściwie każdego dzwonka do drzwi, każdej głośniejszej rozmowy na korytarzu. W końcu przepracowaliśmy część ich traum, nigdy jednak nie poznałem jej niektórych, najgłębiej skrywanych tajemnic. Nie naciskałem w nadziei, że kiedyś sama zdecyduje się na zwierzenia. Jak dotąd nic takiego się nie zdarzyło. Nasza współpraca układała się wzorowo. Ona zawsze umiała wprowadzić mój umysł w stan tworzenia, ja z kolei próbowałem dać jej namiastkę bezpieczeństwa. A teraz wyszło na to, że siedząc w kraju tracę kontakt z nią. Nie spodziewałem się po Hansie żadnych złych zamiarów. Może chodziło o jakiegoś rodzaju zmęczenie materiału z jej strony. Nie wiedziałem jak mogę odnaleźć odpowiedź na to pytanie, dlatego zająłem się na powrót pisaniem. Tworzenie szło mi kiepsko, za każdym razem myśli wracały do Muzy i mojej relacji z nią. Postanowiłem wyjść na dwór, może tam skryły się jakieś wskazówki do przeszłości.   



[1] Nawiązanie do prawdziwej serii gier akcji, w których kluczowym elementem jest walka dwóch postaci, ich ruch jest możliwy jedynie do środka ekranu i od środka, w lewo i w prawo.

Pozdrawiam!

4.09.2019

Samoloty nad miastem. cz. III, rozdziały 3-5.

3.
Obudził mnie nad ranem odgłos przelatującego w pobliżu samolotu, wróciłem do działki i tego pierwszego pojazdu latającego, od którego zaczęły się te wszystkie moje przygody. Pomyślałem sobie, że mam jeszcze możliwość ucieczki z kraju, choćby na kilka tygodni, w tym czasie kolega na pewno wypali się z zapałem do restauracji grup poetyckich w stylu tych najbardziej znanych. Mistrz w sekundę pojawił się w rogu pokoju, marsowa mina od razu spowodowała u mnie spazmy i początki histerii. Usta zaczęły poruszać się miarowo, słowa wybrzmiewały jedno po drugim. Wyniknęło z nich wielkie uznanie dla mojej strachliwości, braku asertywności i bezmyślności. Mój mentor na koniec stwierdził jednak, że skoro podjąłem taką decyzję, to muszę trzymać się jej już do końca. W myślach przyznałem mu rację, bałem się bowiem cokolwiek powiedzieć. Mistrz zniknął tak szybko jak się pojawił. Zmęczony całą sytuacją postanowiłem wyjść z domu. Skierowałem się jak niemal zawsze w stronę palmy, tam mogłem spotkać różnego rodzaju sytuacje, które mogły wpłynąć na mnie pozytywnie. W końcu nie wiedziałem dokładnie na czym będzie polegała moja praca dla kumpla.

4.
Podchodząc w górę ulicą zacząłem słyszeć dość głośne hasła, wykrzykiwane przez tysiące gardeł. Im bliżej byłem, tym lepiej mogłem zrozumieć każde, pojedyncze słowo, słychać było nawet z biegiem czasu i odległości niemal wszystkie znaki przestankowe. W końcu doszedłem do centrum wydarzeń, wplątałem się w tłum ludzi, między nimi wolno jechały ciężarówki, z których wylewały się na ulice hałasy wszelkiej maści. Po pobieżnym zobaczeniu jakie hasła znajdują się na bannerach wiedziałem już co się święci. Kumpel postanowił szybciej niż mnie zapewniał przystąpić do realizacji swoich zamiarów. Ludzie idący w tym pochodzie byli wyraźnie podekscytowani, w ich ustach założenia nowej grupy poetyckiej przybierały formę poezji, tworzyły nowe, nieznane światy. Stopniowo ich oczy zaczęły spoczywać na mnie, coraz większa ich ilość spowodowała chęć schowania się w samym sobie. W końcu ktoś z tłumu krzyknął: ,,Ludzie, to on! Twarz naszej nowej grupy poetyckiej, która może stworzyć podwaliny pod nowy, wspaniały świat[1]. Siła tych argumentów spowodowała, że ledwo trzymałem się na nogach. Rozmyślałem już tylko o tym co zrobię temu znajomemu, gdy go spotkam. W tym samej chwili ktoś chwycił mnie pod ręce i posadził na krześle, do którego przymocowane były długie tyczki z czterech stron. Trzymali je w rękach zamaskowani osobnicy w czarnych, zwiewnych strojach. Sunęli długim szpalerem, co dziwne właściwie nie czułem żadnych kołysań czy innych niewygód związanych z niesieniem mnie na tym niby tronie. Po wielu minutach jakie upłynęły wśród dziwnych melodeklamacji i wyrywkowego prezentowania moich wierszy dotarliśmy do wielkiej hali sportowej[2]. Całe wnętrze przypominało te jakie kiedyś mogły być w wielkich miastach starożytnych. Wszystkie postaci jakie weszły za mną do hali teraz miały białe stroje. Ilość towarzyszących mi osób wyniosła jakieś kilkaset. Widocznie do środka mogli wejść najlepsi z najlepszych, wybrani w nieznany mi sposób. Krzesło-niby tron postawiono na środku wielkiego pomieszczenia, po kilku sekundach zapadła cisza, tak przejmująca, że można było usłyszeć bicie serca kogoś znajdującego się parę metrów od nas. W końcu z tłumu wyłonił się Wielki Mistrz, nazwałem go sobie tak w myślach, bowiem różnił się znacząco od pozostałych. Miał na sobie czerwony strój, wielką tiarę na głowie, w ręku trzymał zaś pastorał złożony z tubusów, jakie wykorzystywano w przeszłości. Wielki Mistrz zbliżył się do mnie na odległość mniejszą niż  parę centymetrów. W jego oczach zauważyłem wielkie uwielbienie do mnie, wręcz chęć wyniesienia mnie do roli niemal bóstwa. Gdy jego usta zbliżyły się do moich w wyraźnej chęci pocałunku wyrwał się z mojej piersi nieziemski krzyk. Domyśliłem się bowiem kto stał za tym wszystkim, mój znajomy. Nie wiedziałem jednak jaki miał wobec mnie zamiar. W tym momencie obudziłem się cały spocony, ciemność zadziała na mnie dziwnie kojąco. Wiedziałem już, że to był tylko zły sen. Przewróciłem się na drugi bok i na powrót usnąłem po kilkunastu minutach.

5.
Rano jak tylko otworzyłem oczy wiedziałem już jak dziwnie może potoczyć się ten kolejny dzień z mojego życia. Na telefonie lśniła ikona nieodebranych połączeń w ilości przekraczającej wszelkie granice. Szybko przygotowałem się do opuszczenia mieszkania, w biegu zjadłem małe co nieco i ruszyłem w miasto. Po drodze zadzwoniłem do swojego kolegi, który usilnie chciał zrobić ze mnie swoją maskotkę. W czasie rozmowy dowiedziałem się szczegółów o mojej pracy na rzecz jego ruchu poetyckiego. Wymyślił sobie dodatkowo jak mógł wykorzystać mój niby nimb świetności w posługiwaniu się słowem. Zaplanował dla mnie szereg spotkań z fanami poezji, na samą myśl włosy zjeżyły mi się na głowie. Wykpiłem się w sposób chamski, o ile można za taki uznać zasłonięcie się spotkaniem z Mistrzem poznanym w pociągu. Kolega zbaraniał, gdy tylko odzyskał głos poprosił mnie bardzo miło o namiary na tego wielkiego twórcę. Odpowiedziałem mu wymijająco, przedstawiłem swój fikcyjny plan współpracy z  Ideałem. Znajomy zapowietrzył się totalnie, wyjąkał parę słów i rozłączył rozmowę. Wiedziałem już, że wywalczyłem parę godzin wolności. Postanowiłem odwiedzić pewnego starszego człowieka, którego twórczość wpłynęła na mnie dość mocno. Do miejsca zamieszkania tego mężczyzny dotarłem łatwo i szybko. Dzwoniąc do  drzwi zastanawiałem się co mogę mu powiedzieć w celu wyjaśnienia mojej obecności u niego. W końcu wymyśliłem, że wyjaśnię mu swoją wizytę pisaniem pracy na jego temat. Gdy jednak otworzył dziwi cały plan zmienił się w pył. Stres związany z poznaniem swojego guru zwyciężył, nie byłem w stanie wydusić z siebie słowa, po czym prawdopodobnie zemdlałem.




[1] Odwołanie do książki ,,Nowy, wspaniały świat”.
[2] Nawiązanie do prawdziwej hali sportowej, gdzie dawniej podstawą były mecze hokeja na lodzie, obecnie organizowane są także imprezy muzyczne. 

Pozdrawiam!

1.09.2019

Samoloty nad miastem, cz. III, rozdziały 1-2.

Część III.

1.
Podróż powrotna nie obfitowała w większe problemy. Jedynym mankamentem było nie domykające się okno, przez które do przedziału dostawało się chłodne powietrze, które spowodowało, że czułem zło całego świata na sobie.[1] Po czasie mogłem jednak stwierdzić, że taka sytuacja była wręcz błogosławieństwem. Gdy dojechałem do swojego miejsca, gdzie żyłem zrozumiałem niemal od razu co chciał ode mnie ten znajomy. Plan jaki narodził się w jego głowie można porównać jedynie do wcielenia jakiegoś zwierzęcia w szeregi rządzących[2]. Miałem zostać twarzą, dosłownie twarzą nowej grupy poetyckiej jaka miała niedługo powstać w moim mieście. Na początku uznałem pomysł za zbyt absurdalny, by uczestniczyć w nim. Po namowach znajomego, który w tej dziedzinie osiągnął językowo-logiczne K2, zmieniłem zdanie. Moja rola nie ograniczała się jedynie do sprzedania wizerunku, miałem jeździć po mieście piętrowym autobusem, po drodze przez megafony prezentowałbym swoje wiersze, ludzie idący za autobusem dośpiewywaliby różne zakończenia do utworów, które zdaniem pomysłodawcy miały tworzyć świat absurdu. Po kilku godzinach męczenia mnie przez tego kolesia uznałem, że czas udać się do domu. Tak też zrobiłem. Pierwszy nadjeżdżający tramwaj wchłonął mnie w swoje czeluści, metaforycznie pozbawił mnie głowy[3], po czym wypluł w okolicy mojego poetyckiego gniazdka. Wchodząc po schodach klatki wiedziałem już, że coś jest nie tak. Nie wiedziałem tylko jak bardzo.

2.
Gdy zbliżałem się do drzwi mieszkania słyszałem już nietypowe jak na nie odgłosy. Przekręcając klucz w zamku zrozumiałem kto czeka na mnie w środku. Był to mój Mistrz, od którego uczyłem się tajników pisania wszelkiego rodzaju tekstów. Człowiek ten przerażał wszystkich wkoło, miał jednak do tego taki ładunek charyzmy w sobie, że strach szybko ustępował zaciekawieniu, a jego wywody stawały się wyznacznikiem dla kolejnych lat życia. Kiedy drzwi nie ustępowały pomyślałem sobie o jedynym możliwym wyjaśnieniu, Mistrz zamknął łańcuch. Szybkim ruchem musiał odblokować skrzydło, wpadłem bowiem  z impetem do środka. Mój nauczyciel pochylał się nade mną i coś mówił. Dopiero po chwili zrozumiałem o co chodzi, wiedział już jak sprzedałem swoją sztukę i siebie dla idei niejasnej, niepewnej i co najważniejsze starej. Mentor chwycił mnie za ramię, posadził na fotelu pod oknem i zaczął mnie pouczać. Od razu cofnąłem się w czasie do momentu, gdy oddałem mu swój pierwszy wiersz. Jego ton głosu, zimny niczym wody Morza Północnego, spojrzenie spod krzaczastych brwi, wszystko to porażało. Tym razem chodziło o sprawę o wiele bardziej podstawową,  której nie dało się łatwo poprawić, tak jak złego wiersza. Mój przewodnik rozpoczął wykład o tym, jak źle jest sprzedać siebie i swoją twórczość dla idei, która w żadnej mierze nie pokrywa się z naszymi wewnętrznymi kierunkowskazami. Kiwałem bezmyślnie głową, nie docierało do mnie jednak zbyt wiele, z tego co mówił do mnie ten człowiek-wzór. W końcu dotarło do mnie, że mój Mistrz nie jest z nami już od minimum dekady, uznałem to tak realne widziadło za coś w rodzaju ostrzeżenia. Po ochłonięciu w pewnym stopniu zacząłem się zastanawiać co mogę zrobić. Nie za bardzo wyobrażałem sobie swoją odmowę, uważałem bowiem zgodę wyrażoną za coś obligującego mnie do spełnienia jej. Podejście takie działało szczególnie mocno w przypadku obietnic, które po wstępnym przemyśleniu uznawałem za głupie, nie do spełnienia, jednak w czasie decydowania zupełnie nie miałem takiej świadomości. Moja umiejętność mówienia ,,nie” przypominała mniej więcej możliwość pisania muzyki przy moim braku słuchu[4]. Mimo koszmarnych wspomnień związanych z niedawnym widziadłem zdecydowałem się uczestniczyć w tym upokarzającym jak się później okazało projekcie.



[1] Autor nawiązuje do znanego powiedzenia o wianiu złem (w oryginale bardziej dosadnie).
[2] Porównanie do sytuacji ze starożytnego Rzymu.
[3] Nawiązanie do piosenki Lao Che pt. ,,Życie jest jak tramwaj” oraz ,,Mistrza i Małgorzaty”.  
[4] Autor w przeszłości próbował tworzyć proste melodie w programach komputerowych. Szczególnie upodobał sobie hip-hop, techno i dance. Po pewnym czasie porzucił jednak taką twórczość na rzecz operowania słowem.


Pozdrawiam!

17.08.2019

Samoloty nad miastem, cz. II, rozdziały 3-4.

3.
Dość sprawnie dotarłem do centrum mojego miasta, od razu czuć było jego puls, zupełnie inny niż w mieście, w którym do niedawna byłem z Muzą. Tu wszyscy gdzieś się spieszyli, ewentualnie tworzyli wokół siebie jedynie takie wrażenie. Szybko przypomniałem sobie w jaki sposób należy poruszać się po ulicach, w dość sporej liczbie osób na metr kwadratowy. Wbrew pozorom nie trzeba mieć oczu dookoła głowy, wystarczy odrobina skupienia, by wczuć się w rytm miasta, w rytm żyjących w nim ludzi. Wtedy można dość łatwo niemal w każdej sytuacji przewidzieć  w jaką stronę skręci lub nie mijana przez nas osoba. Postanowiłem przejechać się metrem do zupełnie innej dzielnicy, niż moje miejsce zamieszkania. Droga nie była zbyt trudna, choć przy przesiadce z jednej linii do drugiej należało nieco popatrzeć na znaki umieszczone w dość dziwnych miejscach. Pociąg metra potrzebował zaledwie paru chwil, by dostarczyć mnie wraz z niewielką grupką osób na drugi koniec miasta. Po wyjściu z podziemi przeżyłem mały szok, dość długo nie byłem w tej dzielnicy, a w międzyczasie wiele się zmieniło. Przede wszystkim wyremontowano wiele kamienic, które w czasie ostatniej wizyty wyglądały jakby miały się zaraz zawalić. Teraz większość z nich wyglądała tak, jakby czas się nieco cofnął i znów było dwudziestolecie międzywojenne. Zagwizdałem cicho z uznaniem, widać pieniądze wykładane przez różnych deweloperów nie idą tu na marne. Zdecydowałem ruszyć w kierunku teatru, który znajdował się w okolicy bardzo ciekawego parku. Jego cechą szczególną była dość duża liczba wszelakich cieków, w tym jedno duże jeziorko. Słyszałem kiedyś, że w okolicy może kręcić się Mistrz spotkany nie tak dawno w pociągu. Krok mój stopniowo stawał się coraz bardziej chwiejny, miałem w pamięci to nieszczęsne spotkanie przy WC, nie miałem pojęcia w jaki sposób mam zagaić, jeżeli ten szanowany poeta faktycznie będzie w okolicy teatru. W pewnej chwili moje dywagacje zostały przerwane przez krótkie dotknięcie mojego ramienia. Zdziwiony odwróciłem się i za sobą zobaczyłem roześmianą twarz, po chwili dotarło do mnie, że to zaczepia mnie sam Mistrz. Osunąłem się parę centymetrów do ziemi, jego silne ramię uratowało mnie przed upadkiem i totalną kompromitacją. Jak zza mgły zaczęły docierać do mnie jego słowa, a także zarys miejsca w jakim się znaleźliśmy. Poeta przywlókł mnie do budynku sztuki, właściwie usadowił mnie na krzesełku przed odeonem. Świadomość wróciła mi na tyle, aby spytał się Mistrza co sądzi o moich pracach Ten uśmiechnął się lekko, po czym wsunął mi w ręce moje dziełka, napisał na nich, że nie jestem jeszcze na poziomie jego i jemu podobnych, jednak mam swój styl, ważne jest jedynie to, bym nie ustawał w doskonaleniu swoich umiejętności. Kolejny raz nie byłem w stanie nic powiedzieć, uśmiechnąłem się jedynie w podziękowaniu. Mój mentor poznany w sposób komiczny niemal odwzajemnił uśmiech, po czym powiedział coś na do widzenia. Zdołałem wymamrotać coś na kształt: ,,Żegnaj Mistrzu", po czym osunąłem się na krzesło. Gdy szok minął postanowiłem udać się do pobliskiego muzeum, mogłem tam ochłonąć, jednocześnie przenosząc się w czasie, choćby na godzinę. Panoptikum mieściło się w dość starym, dwupiętrowym budynku, prawdopodobnie po jakiejś fabryce. Gdy tylko wszedłem do środka ogarnął mnie jakiś dziwny wewnętrzny spokój. Pewnie światła wydobywające się z licznych neonów jakie zgromadzono na wystawie tak na mnie podziałało. Poczułem się przez te kilkadziesiąt minut jakie spędziłem wśród tych kolorowych lampionów jakbym był w Las Vegas lub podobnym miejscu, gdzie patrzy się na człowieka raczej od strony kieszeni, a nie całości. Aby w jakiś sposób zadośćuczynić rozrzutnej stronie mojej natury postanowiłem udać się na obiad, a może raczej lunch do pobliskiej, bardzo znanej restauracji[1].

4.
Chęci jak to zwykle bywa stały się moją jedyną bronią, tak jak wcześniej właściwie nie dysponowałem większą kwotą, mogłem co najwyżej popatrzeć sobie na ludzi spieszących do tej knajpy. A było na co patrzeć. Panie w wytwornych wieczorowych niemal sukniach, panowie we frakach, wszyscy w tonach czerni, ewentualnie ciemnych kolorów. Śmieszny wydał mi się przy nich facet, który przyszedł w dresach, pod rękę szła z nim dama, wyfiokowana do granic absurdu, z rzęsami długimi jak moje palce, z ustami wielkimi jak ponton, o biuście nie wspominając. Facet wdał się w pyskówkę z kelnerem stojącym na zewnątrz lokalu, tamten za nic nie wiedział jak ma znaleźć w swoim notesie nazwisko tego faceta. Nagle jak spod ziemi wyłonił się właściciel tego przybytku, wszystkie rozmowy ucichły, ludzie zaczęli patrzeć. Przyglądali się szefowi G[2]. jak urzeczeni, prawdopodobnie awantura przy wejściu wzbudziła jego zainteresowanie. Po chwili facet w dresach z damą wszedł do środka, jego mina mówiła jednak prawdopodobnie tyle, że już nigdy nie zawitają do tego przybytku. Przez chwilę nie mogłem powstrzymać się od śmiechu, oto niemalże kloszard wdrapał się po drabinie społecznej i może zasiąść przy stoliku tej zacnej miejscówki. Moją reakcję musiał zauważyć przechodzący w pobliżu hipster, spojrzał się na mnie dwuznacznie, po czym spytał czy naprawdę nie wiem kto wszedł do restauracji. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie mam pojęcia. Okazało się, że facet w dresach to bardzo znany reżyser[3], który kręci filmy klasy C, przesycone tanim komizmem, doprawione do smaku różnymi mniejszymi i większymi świństewkami. Zdziwiłem się nieco, znany człowiek, a wygląda jakby wynurzył się z odmętów jakiejś zatęchłej bramy. Hipster szybko wyjaśnił mi, że ciuchy reżysera wyglądają jedynie na tanie, w rzeczywistości potrafią kosztować krocie. Teraz musiałem wyglądać wyjątkowo zabawnie, pewnie moja szczęka zawisła jakieś pięć centymetrów nad podłogą z wrażenia, nie wiedziałem nigdy wcześniej o czymś takim jak dresy wyglądające na ostatnie łachy, które kosztują jednak majątek. Zniechęcony do takich luksusów postanowiłem poszukać czegoś na moją kieszeń. Wsiadłem w tramwaj i podjechałem parę przystanków do pizzerii. Prawdopodobnie w moich żyłach krąży mieszanka krwi Włocha i Azjaty, bowiem bardzo lubię zarówno powyższe kultury jak i kuchnie. Zjadłem zamówione danie, wyszedłem na ulicę i stwierdziłem, że pora chyba wracać do domu. Wybrałem tym razem autobus, miał mnie podwieźć pod metro. Na bodajże trzecim przystanku od początku mojej podróży zauważyłem znajomą postać. Była to moja dość bliska znajoma, która zawodowo zajmowała się malarstwem. Chyba zobaczyła mnie przez okno pojazdu, bowiem po otwarciu przez kierowcę drzwi weszła do środka. Przywitaliśmy się dość kurtuazyjnie, nie widzieliśmy się dobrych parę lat. Szybkie przypomnienie wspólnych działań artystycznych na powrót przeniosło nas na dobrą stopę kontaktów. W czasie krótkiej jazdy pod wejście do metra zdążyliśmy porozmawiać nieco o swoich osiągnięciach. Moja znajoma wzbiła się na wyżyny swojego talentu, miała podobno kilka dużych wystaw, a jeden z jej obrazów został nawet zlicytowany za okrągłą sumkę. Aby dorównać jej w osiągnięciach musiałem sztucznie nadmuchać swoje dokonania, popatrzyła na mnie zdziwiona i spytała czy to prawda, w końcu odkąd mnie zna pisywałem raczej do szuflady, ewentualnie dla wąskiego grona odbiorców. Odpowiedziałem jej ze śmiechem, że zna mnie doskonale, chciałem bowiem wypaść w jej oczach lepiej niż te parę lat temu. Uśmiechnęła się tajemniczo, po czym wysiadła na kolejnym przystanku. Nie wiedziałem co miało znaczyć to spotkanie, ani moja próba okłamania jej. W końcu i tak oszustwo wydałoby się w przeciągu kilku godzin. Wystarczyło wpisać moje nazwisko do wyszukiwarki, by w odpowiedzi uzyskać parę moich dyplomów za wiersze, dwa wiersze w antologii i kilka opowiadań zamieszczonych w magazynach literackich dla małych kręgów czytelników. Zanurzyłem się w swoich myślach i wręcz automatycznie dotarłem do swojego domu. Szybko wrzuciłem coś na ząb, poszedłem do wanny na parę ładnych minut, przed snem poczytałem trochę dzieło Mistrza, po czym poszedłem spać.



[1] Szefem był mniej znany człowiek, choć nazwisko jakie nosił miało renomę.
[2] J.w.
[3] Kręci filmy na poziomie muzyki disco-polo. Nikt się nie przyznaje do oglądania, wszyscy jednak znają cytaty czy sceny z tych dzieł. 


Pozdrawiam!

23.02.2018

Tadeusz z Miśni.

Dziś kolejny wiersz będący realizacją zlewu świadomości.

,,Tadeusz z Miśni"

Pan Tadeusz z bazaru w Miśni,
Śni sen w śnie,
Może i mi się taki przyśni?

Potem wstaje, przeciąga się długo,
W międzyczasie zarządza szarugą,
Dziś ma ładnie być, zero mgły czy deszczu,
Taki lokalny Kret, mistrz świata tego,
Leszczu.

A na koniec zalewa potokiem,
Słów gorzkich, wyrosłych pod okiem,
Brzydkie słowa i takie też gesty,
Pan Tadeusz z Miśni jest moim człowiekiem.

Gdy zje schabowego na obiad,
A deser zastąpi winem,
Wiem już, za chwil kilka,
Pan Tadeusz zmieni się w wilka.

Będzie wersy układał wspaniałe,
(Ten podejdzie, dostanie w papę),
Potem wierszy uzbieram worek,
Pójdę na giełdę, zarobię majątek.

A gdy wrócę Tadeusz-Mistrz mój,
Znów w sen się skryje przed światem.

Siądę sobie gdzieś na uboczu,
I spróbuję dotrzymać mu kroku,
W końcu w snach można poznać wiele,
Co się potem zapisze,
Ja nie wiem.

Warto czasem napić się wina,
Taka moja zgniła fatyga,
Potem można położyć się obok,
Mistrza z Miśni, co chce być wysoko,
W takim stanie każdemu się przyśni,
Sen tego jednego,
Tadeusza z Miśni.

11.02.2018
Pozdrawiam!

14.08.2017

Podwójna natura rzeczy.

Dziś coś na kształt wypowiedzi jakiegoś mędrca z Azji. :)

,,Podwójna natura rzeczy"

Rzeczy mają podwójną naturę,
Mogą zmieniać się niemal bez końca,
Mogą zmieniać się dowolnie.

Wiosna. Słońce. Życie.
****************************
Jesień. Księżyc. Koniec.
Światło-mrok.

Początek-koniec,
Wieczność.

1.04.2017
Pozdrawiam!

5.07.2017

Mistrz z Edo.

Dziś wiersz o tym jak powstają japońskie drzeworyty. A wszystko za sprawą dwóch wystaw w muzeum na których można było podziwiać te cudowne dzieła.

Dla S.J.

,,Mistrz z Edo*"

Mistrz z Edo ma magiczne ręce,
Tworzy światy, zanim klient o nich pomyśli,
Razem ze swoimi pomocnikami jest w stanie,
Sprostać nawet najtrudniejszemu zamówieniu.

Już widać pierwsze z rozmysłem przetarte pola,
Baren** Mistrza z Edo ma swoje własne życie,
Ma swój własny taniec.

Wystarczy trochę czasu,
By odwiedzić muzeum w Japonii,
Tam każdy Mistrz drzeworytu,
Żyje na wieczność,
(Od pokoleń).

*Edo- dawna nazwa Tokio
**Baren- ,, Jest to płaska poduszeczka wykonana z konopnego sznurka zawiniętego w cienki liść bambusa. Z zewnątrz wzmocniona jest kartonowym krążkiem. Brzegi liścia formowane są w kształt uchwytu", za Wikipedią.

20.05.2017
Pozdrawiam!

20.01.2017

Improwizacja 6 i 7.

Dziś ostatnie akty moich wspomnień z podróży po portach poetyckich i nie tylko.

,,Improwizacja 6"

Już jest blisko, ta kraina dla poetów,
Znaczy wszystko, tam są panny,
Morze wina i uciechy,
Muza stoi, czeka co dzień na poetę,
Tylko cena, sen z oczu spędza,
Ale nic to, mam dwa grosze wygrane od Mistrza,
Może starczy, jak nie starczy to talentem swym dopłacę.

Widzę piękność, nimfa wodna przy niej nic nie znaczy,
Moja Muza, ona sprawi, że mój talent się rozwinie,
Tak jak wulkan, wiersze z głowy po rozbiciu,
Się wysypię, ale nic to,
Ona zbierze część do garnka,
Odda ludziom,
Odda miastom,
Odda światu.

1.01.2017

,,Improwizacja 7"

Miesiąc mija, a ja nadal moją Muzę poznaję,
Mało daję, ona jednak twierdzi, że zanadto,
Może racja, wiersze moje jej zostawię na zawsze,
Sprzeda, odda,
Mi już nie będą potrzebne,
Czas się wlecze,
Ale co mi nie uciecze będzie moje,
Przy chacie ich króla stoję,
I mam plany,
Ale o tym na razie nic nie powiem.

1.01.2017
Pozdrawiam!

18.03.2016

Japonia, w paru słowach.

Dziś prawdopodobnie mój najkrótszy wiersz napisany do tej pory.

Dla S.J.

,,Japonia

Non-sens,
Sens-no,
Sensei.

Japonia.

5.03.2016
Pozdrawiam!

24.11.2015

Mistrz po stracie.

Dziś można powiedzieć moja próba ukazania samotności w Japonii. Samotności na każdym krańcu świata. Samotności takiej po prostu.  

Dla S.J. 

,,Japoński Mistrz

Rondo kapelusza zasłania jego twarz,
Może to i lepiej,
Bo płacze,
A nie wypada, by uczeń widział,
Słabość Mistrza.

Ten już nie ma uczniów,
Zginęli pod Kobe,
W wielkiej bitwie.

Mistrz posiedzi w cieniu wiśni,
Łzy odgoni na zawsze,
Zaczeka samotnie na świt.


6.11.2015
Pozdrawiam!

6.01.2015

Zastępstwo Mistrza.

Wiersz o tym, jak młody, domorosły poeta chce, choć na moment poczuć się jak Mistrz, stanąć w blasku fleszy i jupiterów.
Dla S.J.
,,W zastępstwie"

Wejść ot tak, na scenę,
Do mikrofonu podejść tak, jak,
Świetlicki Marcin podchodzi,
Jest jeden problem,
Papierosów wcale nie palę,
Od alkoholu głowa mi często pęka,
Z używek tylko Yerba Mate i kawa czasem.


Więc może, panie Marcinie,
Spotkajmy się w Buenos Aires?
Tam pana zastąpię,
Choćby na moment.

29.12.2014
Pozdrawiam!

25.12.2014

Tydzień Mistrza.

Dziś utwór z przymrużeniem oka traktujący o działaniach w kolejnych dniach tygodnia Mistrza.

Dla S.J.
,,Tydzień umowny Mistrza"

Poniedziałek
Wstaje koło jedenastej,
Śniadanie i kawa do pierwszej,
A potem z przerwami wymuszanie wierszy.


Wtorek
Nudny dzień zapełniony,
Odpowiadaniem na listy,
Grafomanów z wielkim ego,
(Trzy razy przez takiego dom zmieniał).


Środa
Wieczór autorski z czytaniem wierszy,
Kiedyś zatrudniali aktora,
Sprzedaż jakoś szła,
A teraz poezję dodawać musi,
Do garnków znanej firmy.


Czwartek
Pisanina znów wymuszona,
W tym wydawnictwie to dusz nie mają,
Chyba?
Termin dwa lata na tomik wierszy.


Piątek
Opijanie sukcesów pewnego kolegi,
Film amatorski z dziewczyną urwany.


Sobota
Wracanie do świata żywych,
Poszukiwanie pani, która na przyjęciu,
Powie stop poeto! Nie pij już dziś.


Niedziela
Totalny odpoczynek mentalny,
Na twórcę czeka tak samo,
Lub trudniejszy tydzień.

12.11.2014
Pozdrawiam!