Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmowy. Pokaż wszystkie posty

14.02.2022

Ameryka.

Tym razem parę słów o Ameryce. 

,,Ameryka"

Chodź na samolot-Ameryka,
Tak jest daleko-Ameryka,
Nikt mnie nie szuka-Ameryka,
Chcesz tam zamieszkać-Ameryka.

Już się przybliża-Ameryka,
Temat do rozmów-Ameryka,
Mój nowy dom-Ameryka,
Wszyscy śpiewajmy-Ameryka.

Moja nadzieja nie prysła,
Może się wszystko przyśniło,
Albo za dużo już filmów,
Z nich marzenia me są. 

Moja nadzieja nie prysła,
Może się wszystko przyśniło,
Może za dużo wideo,
Może już do mnie przyszła,
Razem pójdziemy na rodeo. 

Chodź na samolot-Ameryka,
Tak jest daleko-Ameryka,
Nikt mnie nie szuka-Ameryka,
Chcesz tam zamieszkać-Ameryka.

Moja nadzieja nie prysła,
Może się wszystko przyśniło,
Albo za dużo już filmów,
Z nich marzenia me są. 

Wszyscy śpiewajmy-Ameryka,
Tak jest daleko-Ameryka,
Nikt mnie nie szuka-Ameryka,
Chcesz tam zamieszkać-Ameryka.

Chodź na samolot-Ameryka,
Tak jest daleko-Ameryka,
Nikt mnie nie szuka-Ameryka,
Taka nie święta-Ameryka.  

Na podstawie piosenki Zorana Georgieva pt. ,,Amerika". 

28.02.2021
Pozdrawiam!

23.06.2021

Nagłe wspomnienie.

Impresja związana z czymś co nazywamy nagłym wspomnieniem, pod wpływem jakiegoś impulsu. 

,,Nagłe wspomnienie"

Nagle, wspomnienie do mnie przyszło,
Jak razem, we troje chyba,
Siedząc po turecku na dywanie,
Słuchaliśmy czegoś,
Czy to nie były czasem,
Jakieś zapomniane nagrania,
Bluesmanów z delty Missisipi. 

Nie pamiętam dokładnie,
Wiem tylko, że miałaś papierosa w ręku,
Czerwień ust skąpana w dymie,
Cóż za wspaniały widok. 

Reszta w rękach kieliszki miała,
W nich najlepsze wino, jakie można,
Za dwadzieścia złotych dostać.

Snobizm z nas się wylewał. 

Rozmowy na temat filozofii, poezji,
Muzyki zaangażowanej w każdy sposób,
Oddalanie się w dymie papierosów. 

Nagłe wspomnienie,
A teraz powrót do normalności. 

16.03.2021
Pozdrawiam!

6.11.2019

Zmęczenie mistrza.

Dziś parę słów o tak przyziemnej sprawie jak zwyczajne zmęczenie codziennymi zadaniami.

,,Zmęczenie mistrza"

Zmęczenie może przyjść tak szybko,
Bez zaproszenia i bez chęci,
Ze strony osób czy też grup ich,
Dotyka macką nawet wielkich.

Siedzę zmęczony, ja mistrz stary,
Wkoło tłum uczniów, grupy mędrców,
Będziemy długo dyskutować,
Na bardzo trudne dnia tematy.

Duch mój nie jest tam obecny,
Wędruje sobie, tak daleko,
Przyroda kusi i kołysze,
Moją duszę tak zmęczoną.

Nikt się nie pyta, nikt nic nie chce,
Idylla mówiąc w wielkim skrócie.

Do życia budzi mnie asystent,
Mówi mi coś o działaniu,
Dusza i ciało znów złączone,
Męczyć się długo będę musiał.

18.02.2019
Pozdrawiam!

7.09.2019

Samoloty nad miastem, cz. III, rozdziały 6-8.

6. 
Obudziłem się parę godzin później w kuchni starszego pana. Siedziałem na ładnym, miękkim fotelu. Gospodarz siedział obok mnie z kubkiem herbaty. Uśmiechał się przyjaźnie, po chwili zadał mi jedni pytanie. ,,Czy przychodzisz od swojego Mistrza, mojego bliskiego przyjaciela G.?”. Odpowiedziałem szybko, że nie, jestem tu w celu zasięgnięcia opinii w jednej sprawie ze styku sztuki i finansów. Zdziwił się nieco, po czym zaczął słuchać z uwagą, przedstawiłem mu cały pomysł mojego kolegi, wskazałem jakie zdanie miał o tym przedsięwzięciu G. nawiedzając mnie w śnie. Przedstawiłem mu także swoje zdanie na ten temat. Po chwili myślenia wypowiedział się. Nigdy nie spodziewałem się po tak wielkim twórcy takiej dozy zapału do uczestniczenia wraz ze mną w całej akcji. Stwierdził, że pomysł jest warty uwagi ze względu na możliwość przywrócenia poezji, a także sztuki operowania słowem na zasłużone tory. Umówiłem się z nim na kontakt telefoniczny, gdy tylko zdobędę jakieś nowe informacje w sprawie. Podświadomie wiedziałem już jednak o sprzeciwie, który miał polegać na braku takiej informacji, ewentualnie jako informacji fałszywej. Zszokowany z lekka reakcją mojego organizmu wróciłem uważając bardzo na siebie do domu. W mieszkaniu zjadłem coś bardzo szybko, po czym położyłem się spać. Usnąłem bardzo szybko, męczyły mnie jednak przez jakiś czas mieszające się ze sobą sny. Jeden z nich wiązał się z moim Mistrzem nazwijmy go osobistym, drugi z Mistrzem podziwianym tylko.  W pewnym momencie mój mózg stworzył nieprawdopodobne obrazy z ich udziałem,  przeniósł ich w scenerię znaną z serii gier na konsole, gdzie dwie postaci chodzące do środka ekranu walczą ze sobą wykorzystując techniki wschodnich sztuk walki wsparte kulami mocy i tego typu fantastycznymi elementami[1]. W moim śnie Mistrzowie walczyli przede wszystkim za pomocą słów, układali na szybko mocne rymy, wybijali się wzajemnie z rytmu myśli, nigdy nie wchodzili za to na tereny zakazane, nie obrażali nikogo poza sobą, jeśli w jakimś momencie uznali to za konieczny element walki. Ich obraźliwe linijki nie były jednak chamskie, zawierały w sobie wielką porcję humoru, inteligencji i umiejętności formowania świata słowami. Całość była przesycona absurdem w takim stopniu, że mój mózg w pewnej chwili uznał je za zbyt wielkie, obudziłem się nieco zdziwiony tym, co może wytworzyć ten element ciała człowieka.

7.
Odczekałem kilka godzin do rana, po czym zdecydowałem się na kontakt z Muzą. Połączenie było słabej jakości, wykpiła się otoczeniem gór. Zdziwiony chciałem zapytać ją o miejsce pobytu, w końcu nie pamiętałem, aby miała się przenosić gdzieś z Hansem, a w jego miejscu zamieszkania nie zanotowałem jakichś szczególnie wysokich gór.  Moje osobiste Natchnienie uspokoiło mnie jednak, wewnętrznie czułem, że mimo tego coś jest nie tak. Ostatecznie pozdrowiłem jedynie moja towarzyszkę, kazałem też powiedzieć parę słów Hansowi na temat naszej ewentualnej współpracy w przyszłości. Zdziwiony i nieco zmieszany postanowiłem usiąść do pracy. Miałem w końcu do skończenia kilka ważnych tekstów dla portali literackich, zamówione życzenia z różnych okazji, a także parę wierszy na kilka współczesnych tematów. Cały czas z tyłu głowy miałem parę wspomnień związanych z tą ważną dla mnie i pośrednio dla mojego tworzenia osoby.

8.
Jedno z nich związane było z przeszłością Muzy w pewnym mieście w kraju. Miała wtedy około 20 lat, dała się wciągnąć w niezbyt jasne i czyste interesy pewnego człowieka. Nie ma sensu wdawać się w szczegóły, wystarczy jedynie podać, że uratował ją od zguby pewien ksiądz, od chwili dowiedzenia się o całej sytuacji uznałem, że nie do końca uczciwie wkładałem do jednego worka większość przedstawicieli tej profesji.  Przyjąłem Muzę pod swój dach, gdy tylko dowiedziałem się o jej ucieczce od tego złego człowieka. Na początku spędziliśmy ze sobą jakiś czas na poznawaniu siebie nawzajem. Gdy pierwsze lody puściły zaczęła mi opowiadać jak wyglądało życie z przestępcą. Cały czas bała się o swoje życie, bała się właściwie każdego dzwonka do drzwi, każdej głośniejszej rozmowy na korytarzu. W końcu przepracowaliśmy część ich traum, nigdy jednak nie poznałem jej niektórych, najgłębiej skrywanych tajemnic. Nie naciskałem w nadziei, że kiedyś sama zdecyduje się na zwierzenia. Jak dotąd nic takiego się nie zdarzyło. Nasza współpraca układała się wzorowo. Ona zawsze umiała wprowadzić mój umysł w stan tworzenia, ja z kolei próbowałem dać jej namiastkę bezpieczeństwa. A teraz wyszło na to, że siedząc w kraju tracę kontakt z nią. Nie spodziewałem się po Hansie żadnych złych zamiarów. Może chodziło o jakiegoś rodzaju zmęczenie materiału z jej strony. Nie wiedziałem jak mogę odnaleźć odpowiedź na to pytanie, dlatego zająłem się na powrót pisaniem. Tworzenie szło mi kiepsko, za każdym razem myśli wracały do Muzy i mojej relacji z nią. Postanowiłem wyjść na dwór, może tam skryły się jakieś wskazówki do przeszłości.   



[1] Nawiązanie do prawdziwej serii gier akcji, w których kluczowym elementem jest walka dwóch postaci, ich ruch jest możliwy jedynie do środka ekranu i od środka, w lewo i w prawo.

Pozdrawiam!

23.08.2019

Samoloty nad miastem, cz. II, rozdziały 7-8.

7.
Akurat w tamtej chwili nie było zapowiedzi żadnego ciekawego występu. Stwierdziłem, że najlepszym wyjściem będzie pokręcenie się pod symbolem miasta, wielkim drapaczem chmur sprzed wielu lat. W okolicy zawsze kręcili się ciekawi osobnicy, tym razem także trafiłem na jednego. Czuć było już jak blisko zaprzyjaźnił się z butelką, bynajmniej nie soku, widać było, że w kieszeni ma puszkę złocistego napoju, którą z nabożną czcią przytrzymywał sobie ręką. Zadał mi bardzo trudne pytanie, gdzie według mnie ma się schronić, by móc w spokoju wychylić jej zawartość. Spojrzałem na niego jak na dziwaka, on zaczął się nakręcać, pytał czy ktoś mu pomoże, bo pytał co najmniej dwudziestu osób, każdy szedł dalej, udając nieistnienie tego gościa. Ja też nic mu nie mówiłem, szczerze podchodząc do tematu wiedziałem właściwie zero na temat tego jak wypić piwo w mieście i nie być złapanym przez jakieś służby. Gość w końcu odczepił się ode mnie, grzecznie przeprosił za męczenie mnie i oddalił się w sobie tylko znanym kierunku[1]. Odetchnąłem z ulgą, nie byłem w stanie znieść już jego zachowania, jego podejścia do ludzi, którzy mogą nie wiedzieć jak rozwiązać jego problemy. Dla dalszego odprężenia postanowiłem odwiedzić zagrożone do niedawna likwidacją muzeum. Parę miesięcy wcześniej słyszałem o przepychankach słownych i na piśmie między ministrem zajmującym się muzeami, a miastem. Nikt nie chciał płacić zaległości muzeum, powstałych nie wiadomo (w uznaniu obydwu stron) dzięki komu. Ostatecznie niemalże w ostatnim dniu urzędowania tej placówki, gdy większość eksponatów była gotowa do rozwiezienia w parę miejsc w kraju podjęto decyzję, że jednak muzeum może dalej istnieć. Wszedłem do środka, kupiłem bilet, po czym ruszyłem na podziwianie kolejnych sal panoptikum. Szczególnie interesowały mnie stare maszyny do pisania, ze względu na moje zajęcie wydawało się to dość logiczne. Szybko przeczesałem kolejne pomieszczenia, w końcu dotarłem do królestwa z tymi urządzeniami. Niemal wszystkie zrobiły na mnie wielkie wrażenie, choć w podświadomości miałem myśl o małej przydatności w XXI wieku takich maszyn, to świadomość kusiła mnie, abym znalazł jakąś dobrej firmy i nauczył się z jej pomocą tworzyć swoje dzieła. Siedzący do tej pory pod ścianą mężczyzna, pewnie opiekun sali wstał i zaczął zbliżać się w moją stronę. Wyraził zdziwienie, że ktoś chce podziwiać jeszcze takie wytwory ludzkich rąk. Wyjaśniłem mu krótko czym się zajmuje, on z uznaniem kiwał głową, po czym zaproponował mi kupno machiny. Z początku broniłem się, tłumaczyłem jak niewprawionym mogę być użytkownikiem, że mogę zniszczyć taki eksponat. On zaśmiał się i wyjaśnił mi swoje zamiary. Nie chciał sprzedawać niczego z wystawy, miał jeden egzemplarz w swoim kantorku. Podał wstępną cenę, od której zakręciło mi się w głowie. Nie chcąc go urazić obiecałem przemyślenie sprawy, niemal truchtem opuściłem muzeum, wiedziałem już, że raczej tam nie wrócę. Miałem jeszcze nieco czasu przed swoimi codziennymi obowiązkami w postaci pisania kolejnych rozdziałów powieści, postanowiłem więc podejść kawałek do pasażu handlowego, aby popatrzeć sobie na ludzi. Zawsze, gdy jestem w mieście, swoim czy jakimś innym lubię popatrzeć sobie na jego mieszkańców. Wnioskuję zawsze po zobaczeniu kilkudziesięciu, albo nawet kilkuset osób, jaki jest wiodący styl miasta, co jego mieszkańcy lubią robić w wolnych chwilach, ogólnie czerpię inspirację do swoich działań literackich. Tym razem zawiodłem się nieco, główny trzon przechodniów stanowili barczyści panowie, ubrani w większości w podobne bluzy z kapturami, ich szyje zdobiły złote łańcuchy i szaliki z barwami klubowymi. W rękach mieli butelki piwa i bilety na najbardziej ultras trybunę na stadionie. Wolałem przeczekać ich przemarsz w pobliskim sklepie z płytami. Znałem mniej więcej właściciela, parę razy kupowałem u niego jakieś płyty CD z muzyką. Dziś jednak nie dopisało mi szczęście. On też należał do ultrasów, dziwne, bo w czasie tych kilku moich wizyt u niego nic na to nie wskazywało. Wycofałem się więc zupełnie i poszedłem w kierunku palmy będącej nieoficjalnym symbolem miasta. Zaryzykowałem nieco swoje zdrowie i życie przedzierając się pod jej podstawę. Tam postanowiłem usiąść i pomyśleć nad kilkoma szkicami nowych dziełek. Nic szczególnego nie udało mi się wymyślić, podszedłem więc do pobliskiego muzeum. Swoją drogą zadziwiające jest to, ile w tym moim mieście jest tego typu przybytków kultury. Czyżby mieszkańcy w czyichś oczach uchodzili za wzorzec chamstwa? Właściwie nie zastanawiałem się nad tym głębiej w przeszłości, nie jestem nawet pewny czy w ogóle ktokolwiek starał się rozwiązać problem z bardziej naukowej strony. Gdy byłem już blisko budynków muzealnych do moich uszu zaczęły docierać dźwięki przetworzone przez megafon. Wyraźnie i tu dotarli ci szaleńcy z parku. Szybko zmieniłem swój plan i zszedłem na dół, schody poprowadzono w zapuszczonej do granic możliwości wieżyczce mostu, musiałem niemal biec, taki fetor docierał momentami do mojego nosa. Wróciłem do domu, zjadłem coś na obiad połączony z kolacją, po czym walnąłem się do łóżka.

8.
Po przebudzeniu się następnego rana uznałem, że należy skorzystać z dość ładnej pogody, postanowiłem odwiedzić kompleks leśno-parkowy, znajdujący się ni to w granicach miasta, ni to poza nim. Po szybkim śniadaniu udałem się na przystanek, wiedziałem jak długa czeka mnie podróż, jednak wiedziałem też co czeka mnie na miejscu docelowym. Jazda nie dłużyła mi się wcale, choć do pokonania miałem jakieś 30 parę przystanków. Atrakcje zapewniła mi pewna młoda dama, której dziecko spało sobie w wózku, towarzyszył jej postawny facet, który jak się później okazało był jej bratem. Na początku rozmawiali między sobą, potem kobieta zauważyła sąsiadkę, nie wiem tylko czy z miejsca jej zamieszkania, a może była to tylko jakaś znajoma. Ta druga babka była zdecydowanie starsza, pamiętała jak ta pierwsza dama i jej brat łazili po okolicy robiąc przy okazji różne dziwne rzeczy. Po paru zdaniach rozmowa zeszła na niebezpiecznie grząskie tematy związane z właścicielami kamienic, którzy mają dość niejednoznaczną proweniencję, a ich jedynym marzeniem jest wykurzenie ludzi z ich nieruchomości[2]. Na szczęście białogłowa wysiadła po jakichś 10 minutach gadaniny, w pojeździe zapanował dziwny spokój. Reszta podróży minęła mi dość przyjemnie. Na miejsce dotarłem po mniej więcej godzinie od wyjścia z domu. Wysiadłem na osamotnionym przystanku, który sąsiadował bezpośrednio z terenem zielony, gdzie chciałem spędzić choć część dnia. Przypomniałem sobie, że wiele lat temu na parkingu znajdującym się po drugiej strony od przystanku stało wesołe miasteczko. Z radością miało ono niewiele wspólnego, wszystkie atrakcje były osnute czymś na kształt mgły dziwności, jakby cała ekipa lunaparku przybyła z bardzo daleka do naszego kraju. Nie wiem czemu od razu nasunęło mi się wtedy skojarzenie z podobnym miejscem, nie działającym od lat z powodu zanieczyszczenia środowiska przez elektrownię atomową. Dziś nie wiem czy była to prawda czy tylko mój umysł dziecka działał na jakichś innych falach rejestrując rzeczywistość, po czym przetwarzał ją na swoją modłę. Nie rozwodziłem się więcej nad tym co widziałem na parkingu wiele lat temu, chciałem jak najszybciej pooddychać dobrym powietrzem. Gdy tylko wszedłem w drzewa, w las odczułem kolejną falę jakby nostalgii. Wtedy, wiele lat temu przy ławkach stały kosze przypominające ponury żart architekta. Miały kształt walca, a ich górne części były stylizowane na muchomory. Tak jak w przypadku mało wesołego miasteczka tak i w tym momencie nie wiedziałem czy to co podpowiada mi mózg jest prawdą czy nie. Szczerze mówiąc bałem się nieco swoich wspomnień, bo wynaturzone pewne elementy nie przywodziły za sobą nic dobrego. Szybko odgoniłem od siebie złe myśli, odnalazłem wzrokiem kawiarenkę ukrytą wśród drzew. Wybrałem stolik najbliżej głównej alejki, zamówiłem coś do picia, po czym przystąpiłem do kreślenia szkiców nowych form literackich. Szło mi całkiem nieźle, bowiem nikt mi specjalnie nie przeszkadzał, ot kilka razy podeszła kelnerka z pytaniem czy nic więcej nie potrzebuję. Napisałem wstęp do kilku nowych opowiadanek, w końcu zmęczyłem się na tyle, że postanowiłem wrócić do miasta.





[1] Historia prawdziwa z życia Autora.
[2] Prawdziwa historia, Autor doświadczył podobnego zachowania w autobusie miejskim.

Pozdrawiam!

1.08.2019

Samoloty nad miastem, cz. I, rozdziały 22-23.

22.
Dość sprawnie pozbierał swoje rzeczy, zapłaciliśmy za zamówienie, po czym opuściliśmy lokal. Postanowiłem po powrocie do naszego tymczasowego punktu noclegowego popracować nieco z Muzą nad nowymi wierszami. Zastanowiłem się przez chwilę co teraz mogła robić czy dobrze się bawiła. Nie miałem ani czasu, ani możliwości by to sprawdzić. Razem z twórcą ruszyliśmy w niezbyt długą drogę do teatru. Maszerując w średnim tempie mieliśmy możliwość podzielenia się uwagami na temat naszych warsztatów, naszych Muz i paroma innymi ciekawostkami z życia pisarzy. Po jakichś 10 minutach naszym oczom ukazał się wspaniały budynek teatru, według słów mojego nowego znajomego został wybudowany w klasycznym stylu tego miasta. Nie wiedziałem do końca co to znaczy, jednak bryła kamienicy poraziła mnie swoją urodą. Zbliżyliśmy się do teatru, mogłem podziwiać rozliczne zdobienia w postaci liści, małych wieżyczek, ozdobników wokół wspaniałych zakończonych półkoliście okien. Po wejściu do środka uderzyło mnie idealne dopasowanie elementów nowych ze starszymi fragmentami budynku. Mój nowy kolega podszedł do kontuaru, przy którym spał dozorca, pokasłując lekko dał mu do zrozumienia, że czas drzemki się skończył. Dozorca po otwarciu prawego oka zerwał się na równe nogi i stanął niemal na baczność. Zrozumiałem wtedy, że mój towarzysz musi mieć tu jakąś poważną pozycję. Stróż poprowadził nas karnie do windy, przymilnie przypomniał numer piętra, gdzie urzędował niezbędny nam człowiek, po czym oddalił się w stronę swojego miejsca snu. Jadąc windą właściwie nie rozmawialiśmy ze sobą, ograniczyliśmy się do wzajemnej obserwacji. Gdy winda zatrzymała się na żądanym piętrze wiedziałem, że nie ma dla mnie odwrotu. Musiałem spotkać się z kolejnym znajomym znajomego. Sekretarka, która siedziała za szklanymi drzwiami również zerwała się na równe nogi, tak jak dozorca parę chwil wcześniej. Powoli docierało do mnie, że znalazłem się na samym świeczniku twórców. Stąd można właściwie podążać tylko w górę. Oczywiście o ile chce się marzyć o kolejnym dniu życia. Zdecydowałem się już na kolejny krok, wiedziałem co może czekać na mnie za drzwiami gabinetu szefa teatru. Wszedłem razem z nowym znajomym, aby poznać kolejnego ważnego człowieka.

23.
Pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy po otwarciu przed nami drzwi przez sekretarkę były ściany gabinetu, które składały się na niemy hołd dla artystów. Z każdej strony widoczne były eleganckie portrety kolejnych dyrektorów tego teatru. Przy najnowszej dacie, bez wpisanego jeszcze roku zakończenia misji wisiał portret pulchnego, lekko łysiejącego pana. Po sekundzie zauważyłem oryginał, siedzący niemal na wprost drzwi. Dyrektor uśmiechnął się, wstał aby powitać nas, po czym spytał co sądzimy o takiej formie hołdu dla sztuki. Oszołomiony takim obrotem spraw nie umiałem nic powiedzieć. Na szczęście mój towarzysz obronił mnie zmieniając zręcznie temat. Przedstawił mnie jako swojego nowego kompana, przy okazji pochwalił moje umiejętności pisania rymów na zamówienie. Niezbyt udanie spiekłem raka, po czym wydusiłem z siebie kilka słów uznania dla tak eleganckich wnętrz. Dyrektor kazał mówić sobie po imieniu. Odtąd miałem do niego mówić Jacek. Według niego byłem jednym z lepiej zapowiadających się twórców, stąd też mój nowy znajomy postanowił przedstawić nas sobie. Jacek opowiedział mi krótko, że planuje wystawić sztukę o trudach codziennego życia twórcy. Nie mógł lepiej trafić, w końcu można powiedzieć, że w tamtym czasie byłem wręcz wzorcowym przykładem takiego człowieka. Nieśmiało zgodziłem się wstępnie na współpracę. Jacek wraz z moim nowym kolegą wybuchnęli radosnym śmiechem. Uznali, że umowa już obowiązuje. Dyrektor podziękował za wizytę, obiecał wysłać umowę pocztą wszędzie na terenie kraju. Zostawiłem sekretarce mój numer telefonu, aby ustalić szczegóły. Wraz z niedawno poznanym jegomościem ruszyliśmy na przystanek, aby wrócić do mojego kolegi. Podróż minęła dość szybko, pod kamienicą, gdzie zatrzymałem się z Muzą byliśmy parę minut po 12 w południe.

Pozdrawiam!

11.07.2019

Samoloty nad miastem, cz. I, rozdziały 9-10.

9.
Kolega mój zamieszkał w jednym z bardziej ukrytych wśród zieleni domków. Zajęło mi kilka chwil, nim znalazłem właściwy budynek. Z zewnątrz sprawiał wrażenie opuszczonego, choć zielony bluszcz szczelnie okalający ściany przeczył nieco temu wnioskowi. W ogródku stało mnóstwo nie dokończonych rzeźb, konstrukcji i wszelkiego rodzaju eksperymentów plastycznych. Wiedziałem o zamiłowaniach kumpla do różnych dyscyplin sztuki, nie sądziłem jednak, że obecne zajmuje się  rzeźbą. Skierowałem się ku drzwiom, a tam przeżyłem pierwszy szok. Na wysokości klamki mój znajomy umieścił balon, w balonie umieścił parówkę wystylizowaną na obcięty palec. Gdy pozbyłem się tego okropnego widoku sprzed oczu i z głowy nawet uśmiechnąłem się do siebie. Widać nie przeszło mu płatanie tak absurdalnych, czasem koszmarnych żartów ludziom ze swojego otoczenia. Nacisnąłem na dzwonek, po czym spotkał mnie drugi szok, może nawet większy niż ten związany z parówką w balonie. Otóż zamiast zwykłego dzwonka jakich wiele, odezwał się jeden z najbardziej przerażających śmiechów jakie w życiu słyszałem. Dopiero po chwili zauważyłem małą kamerę zamontowaną wraz z głośniczkiem koło dzwonka. Widać kumpel chciał mnie w tak dziwny sposób powitać. Po chwili otworzył drzwi, przede mną stanął lekko łysiejący facet ubrany w stary, znoszony szlafrok, na nogach miał niebieskie klapki, powycierane miejscami do białości, zaś na nosie miał resztki czegoś, co można by uznać za okulary. Zaczął wykrzykiwać przeróżne mniej i bardziej absurdalne zdania w moją stronę[1]. Uciszyłem go gestem ręki, po czym zacząłem tłumaczyć powód swojego przybycia. Opowiedziałem w skrócie swoje dotychczasowe przygody, po czym przeszedłem do wyłuszczania problemu z jakim do niego przyszedłem. Chciałem aby pomógł mi przelać na papier to, co dopadło mnie na działce. Chodziło o pewne ułożenie w logiczną całość sytuacji z myśleniem o samolocie, lecącym rzekomo do Chin. Kumpel zamyślił się, po czym jak to miał w zwyczaju zniknął  w kuchni. Wrócił z magicznymi pojemnikami zwanymi Matero, w których zaparzył Yerba Mate. Uwielbiam ten napój, zanurzyłem się od razu w gorzkim smaku i w absurdzie jaki potrafi taki napar wywołać[2]. Kumpel zaczął bawić się w analityka moich myśli. Wysnuł wniosek, że myślenie o jakimś tam samolocie i przypisywanie mu pewnych cech wiąże się w sposób oczywisty z ukrywanymi potrzebami[3]. Stwierdził, że najlepiej zrobię znajdując sobie jakąś kobietę z Azji. Wskazał mi Lennona, który z Yoko Ono stworzył ciekawy i wybuchowy tandem. Odrzuciłem taką propozycję, choć w głębi duszy widziałem w takim rozwiązaniu wiele sensu. Kumpel uśmiechnął się dziwnie, po czym odpuścił temat. Przepytał mnie za to z mojej ostatniej twórczości. Niektóre z wierszy czy opowiadań uznał po streszczeniu za godne uwagi. Odpocząłem bardzo u niego, jednak zbliżający się zmierzch spowodował, że powoli szykowałem się do wyjścia. Gdy byłem przy drzwiach kumpel podsunął mi myśl, że przecież mógłbym sprawdzić w Sieci wszystkie pasażerskie loty nad moją działką mniej więcej w godzinach tamtej obserwacji. Odpowiedziałem mu, że domysły są czasem lepsze od prawdy. Przyznał mi niechętnie rację, a na odchodne krzyknął, że zadzwoni do ambasady Japonii z pytaniem czy nie mają singielek mogących zakochać się w poecie[4]. Nieco zmieszany podziękowałem za pomysł i oddaliłem się w szarość kończącego się dnia.

10.
Skierowałem się od razu w stronę znanego mi dość dobrze klubu, gdzie przesiadywali różni twórcy, w towarzystwie swoich pań. Nie miałem niestety towarzyszki, nie dałoby się też zaprosić żadnej ze znanych mi dam. Po prostu pora jak i dzień były niezbyt odpowiednie dla nich, zdecydowałem się na samotne spędzenie wieczoru. Nie spodziewałem się jednak, że znajdę w takim lokalu tak wiele kobiet łasych na mnie i na moją twórczość. Ostatnie co pamiętam to taniec na stole, namolne atakowanie pań propozycjami bycia moimi Muzami, zaś te przebłyski świadomości utonęły  w morzu alkoholu jaki w siebie wlałem tego dnia[5]. Obudziłem się koło 7 rano na wycieraczce klubu, w kieszeni spodni znalazłem kartkę, na której obok mniej więcej 20 numerów komórek widniał napis, abym więcej nie pojawiał się w tym miejscu, pod groźbą wezwania policji. Zebrałem się w sobie, powiedziałem kilka niemiłych słów pod adresem właściciela lokalu, po czym powlokłem się w stronę kamienicy, mieszkał tam mój inny kumpel, z którym chciałem omówić kilka kwestii związanych z twórczością słowną.



[1] Głównie odnoszące się do idei futuryzmu i dadaizmu.
[2] Wrażenia oparte na doświadczeniu Autora. Jak to mówią górale z okolic Zakopanego: ,,Jest to prawda prawdziwa”.
[3] Pewne nawiązania do psychoanalizy, przefiltrowane przez umysł kumpla.
[4] Nawiązanie do związku Lennona z Yoko Ono. 
[5] Wspomnienie autentycznej imprezy, na której Autor przesadził z ilością trunków.

Pozdrawiam!

26.06.2019

Fiord w Norwegii.

Dziś wiersz łączący w sobie elementy z obrazu Muncha pt. ,,Niepokój" i moich pomysłów.

,,Fiord w Norwegii"

Na punkcie widokowym Lysefjord,
Stoi grupka osób, to dżentelmeni,
W pełnej krasie.

Rozmawiają o ważnych dla siebie,
I dla kraju sprawach,
Nie widzą za sobą mężczyzny,
W zwyczajnym garniturze.

Patrzy na wodę i w niebo,
Czerwień chmur za moment,
Połączy się z czerwienią krwi.

Desperat znika z tarasu,
Leci kilka chwil,
By znaleźć się u stóp fiordu Lyse.

19.05.2019
Pozdrawiam!

29.07.2016

Podróż morska z absurdem w tle, cz. 5 i 6.

5. Śpiewaj głośniej, albo przygoda z kolegami.

Dostrzegli mnie bowiem moi dawni koledzy ze szkoły, zawołali po ksywce i zaprosili do wspólnego jedzenia i picia. Gdy wchłonęliśmy już odpowiednią dawkę obydwu substancji, poszliśmy w kierunku Letniego Miejsca Zabawy. Skupiały się tam różne bary, kawiarnie, knajpki oraz to, co nas najbardziej kręciło punkty z karaoke. Nie ukrywajmy, mój głos nie mógł czarować w śpiewie, jednak po chwili zabawy w innym lokalu każdy odkrywał w sobie zadatki na piosenkarza, przynajmniej formatu gwiazd disco-polo. Tak samo było ze mną, wybrałem dość ryzykowny repertuar, od disco po funk. Jednak prawdziwy szał przyszedł, gdy zacząłem śpiewać największe hity disco-polo. Tłum zaczął krzyczeć: śpiewaj głośniej, wezwanie to zagrzewało mnie do boju, niczym czerwona płachta byka. Śpiewałem więc coraz głośniej, osiągałem rejestry niedostępne dla mnie wcześniej. Ludzie w podziwie zaczęli proponować mi kolejne drinki, a ja przyjmowałem je z dużą chęcią. W końcu trafiłem pod Fioletową Palmę, gdzie spędziłem pół kolejnego dnia, a po jakimś czasie i obiad. Widać kebab, który zjadłem między spotkaniem kolegów, a występami nie był pierwszej świeżości. Poszedłem w końcu w kierunku mojego ośrodka, gdzie wynajmowałem pokoik. Usnąłem szybko, przepełniony wrażeniami mijających dni.

6. Żonglerka tematami, albo rozmowy przy gofrach.

Kolejnego dnia zyskałem nową energię, mimo nie najlepszej pogody udałem się w kierunku kawiarni, gdzie sprzedawano jedne z najlepszych gofrów nad morzem. Zamówiłem jednego z posypką orzechową, można rzec, że właściwie z kruszonymi orzechami. O mało nie pożałowałem wyboru, gdy usłyszałem rozmowę kobiet siedzących przy stoliku obok. Strzępki rozmów spowodowały u mnie istne zakręcenie w mózgu oraz pełne zdziwienia zaokrąglenie oczu. Jedna z pań zadała współtowarzyszkom pytanie na co są uczulone. Od razu nastąpiła odpowiedź ze strony Chudej Pani. Powiedziała, że jest uczulona na muzykę góralską, głupotę oraz chamstwo. Starsza Pani naskoczyła na tamtą, oczywiście w sposób zabawny, że przecież bardzo dobrze się do niej tańczy. Temat podchwyciła kolejna Pani opowiadając reszcie jak znana jej Pani tańczyła Rock&Rolla. Wszystkie śmiały się do rozpuku. W pewnej chwili, po otrzymaniu gofrów Pani w Okularach zaczęła opowiadać co dodaje się do gofrów, posypek, śmietany i innych specjałów podawanych w tej kawiarni. Zaczęła wymieniać jak najęta nazwy kolejnych konserwantów i ulepszaczy. Pozostałe Panie próbowały oponować. W końcu, po zjedzeniu mojego gofra wyszedłem zdziwiony, ze zdziwionymi oczami z kawiarni.

Pozdrawiam!