Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum. Pokaż wszystkie posty

23.07.2022

Telefon od Waltera.

Kolejny utwór zainspirowany sztuką nowoczesną, jednak z rozwinięciem sytuacji wyjściowej. 

,,Telefon od Waltera"

Walter obiecał mi, pisząc na kartce,
Swoją obietnicę, że będzie czekał,
Po drugiej stronie drutu,
Że telefon zadzwoni. 

Czekam już dłuższą chwilę,
Ludzie w muzeum się dziwią,
A ja przecież lubię Waltera,
Nigdy mnie jeszcze nie oszukał. 

Po godzinie wychodzę,
Nie chcę być częścią,
Z której się śmieją,
Idę w dal,
Daleko od domu,
Od Waltera. 

3.01.2022
Pozdrawiam!

16.12.2021

Setki, tysiące, miliony lat.

 Utwór pokazujący jak czasem zmienia się moje podejście do sztuki nowoczesnej. 

Dla S.J. 

,,Setki, tysiące, miliony lat"

Gablota z hartowanego szkła,
Kryje w sobie coś dziwnego,
Albo to wielkie kiwi, albo coś takiego.

Odchodzę kawałek, nie patrzę tam,
W międzyczasie myślę dużo.

Czemu autor wsadził ten przedmiot,
Do tak bezpiecznej gabloty.

Nazwał całość wyliczając,
Jak długo człowiek jest na świecie,
Albo czas potrzebny na,
Przygotowanie kotleta w panierce.

Szybko doskakuję do dzieła,
Odbiór nie zmienia się wiele,
Czuję się oszukany.

Chociaż sam oszukuję,
Czasem wiele.

6.09.2019
Pozdrawiam!

24.09.2020

Mona Lisa na piętrze.

Tym razem utwór w zupełnie innej konwencji niż zwykle. Zmieszanie nowoczesności z odrobiną kryminału. 

 ,,Mona Lisa na piętrze"

W muzeum, tym od piramidy,
Jestem już którąś godzinę,
Nie widziałem jeszcze,
Mony Lisy.

Nie było jej na stałym miejscu,
Wyszedłem na klatkę schodową,
A tam wiadro i mop.

Na końcu kija kartka,
Mona Lisa jest na piętrze.

Idę więc, szukam,
Otwieram drzwi kolejne.

W końcu jest, na szóstym poziomie,
(Świadomości),
Patrzę na nią, zachwyt coraz większy.

W końcu zobaczyłem śmierć,
Ktoś wymierzył do mnie z broni,
Ciemność lufy...

Mona Lisa na piętrze.

5.07.2020
Pozdrawiam!

23.08.2019

Samoloty nad miastem, cz. II, rozdziały 7-8.

7.
Akurat w tamtej chwili nie było zapowiedzi żadnego ciekawego występu. Stwierdziłem, że najlepszym wyjściem będzie pokręcenie się pod symbolem miasta, wielkim drapaczem chmur sprzed wielu lat. W okolicy zawsze kręcili się ciekawi osobnicy, tym razem także trafiłem na jednego. Czuć było już jak blisko zaprzyjaźnił się z butelką, bynajmniej nie soku, widać było, że w kieszeni ma puszkę złocistego napoju, którą z nabożną czcią przytrzymywał sobie ręką. Zadał mi bardzo trudne pytanie, gdzie według mnie ma się schronić, by móc w spokoju wychylić jej zawartość. Spojrzałem na niego jak na dziwaka, on zaczął się nakręcać, pytał czy ktoś mu pomoże, bo pytał co najmniej dwudziestu osób, każdy szedł dalej, udając nieistnienie tego gościa. Ja też nic mu nie mówiłem, szczerze podchodząc do tematu wiedziałem właściwie zero na temat tego jak wypić piwo w mieście i nie być złapanym przez jakieś służby. Gość w końcu odczepił się ode mnie, grzecznie przeprosił za męczenie mnie i oddalił się w sobie tylko znanym kierunku[1]. Odetchnąłem z ulgą, nie byłem w stanie znieść już jego zachowania, jego podejścia do ludzi, którzy mogą nie wiedzieć jak rozwiązać jego problemy. Dla dalszego odprężenia postanowiłem odwiedzić zagrożone do niedawna likwidacją muzeum. Parę miesięcy wcześniej słyszałem o przepychankach słownych i na piśmie między ministrem zajmującym się muzeami, a miastem. Nikt nie chciał płacić zaległości muzeum, powstałych nie wiadomo (w uznaniu obydwu stron) dzięki komu. Ostatecznie niemalże w ostatnim dniu urzędowania tej placówki, gdy większość eksponatów była gotowa do rozwiezienia w parę miejsc w kraju podjęto decyzję, że jednak muzeum może dalej istnieć. Wszedłem do środka, kupiłem bilet, po czym ruszyłem na podziwianie kolejnych sal panoptikum. Szczególnie interesowały mnie stare maszyny do pisania, ze względu na moje zajęcie wydawało się to dość logiczne. Szybko przeczesałem kolejne pomieszczenia, w końcu dotarłem do królestwa z tymi urządzeniami. Niemal wszystkie zrobiły na mnie wielkie wrażenie, choć w podświadomości miałem myśl o małej przydatności w XXI wieku takich maszyn, to świadomość kusiła mnie, abym znalazł jakąś dobrej firmy i nauczył się z jej pomocą tworzyć swoje dzieła. Siedzący do tej pory pod ścianą mężczyzna, pewnie opiekun sali wstał i zaczął zbliżać się w moją stronę. Wyraził zdziwienie, że ktoś chce podziwiać jeszcze takie wytwory ludzkich rąk. Wyjaśniłem mu krótko czym się zajmuje, on z uznaniem kiwał głową, po czym zaproponował mi kupno machiny. Z początku broniłem się, tłumaczyłem jak niewprawionym mogę być użytkownikiem, że mogę zniszczyć taki eksponat. On zaśmiał się i wyjaśnił mi swoje zamiary. Nie chciał sprzedawać niczego z wystawy, miał jeden egzemplarz w swoim kantorku. Podał wstępną cenę, od której zakręciło mi się w głowie. Nie chcąc go urazić obiecałem przemyślenie sprawy, niemal truchtem opuściłem muzeum, wiedziałem już, że raczej tam nie wrócę. Miałem jeszcze nieco czasu przed swoimi codziennymi obowiązkami w postaci pisania kolejnych rozdziałów powieści, postanowiłem więc podejść kawałek do pasażu handlowego, aby popatrzeć sobie na ludzi. Zawsze, gdy jestem w mieście, swoim czy jakimś innym lubię popatrzeć sobie na jego mieszkańców. Wnioskuję zawsze po zobaczeniu kilkudziesięciu, albo nawet kilkuset osób, jaki jest wiodący styl miasta, co jego mieszkańcy lubią robić w wolnych chwilach, ogólnie czerpię inspirację do swoich działań literackich. Tym razem zawiodłem się nieco, główny trzon przechodniów stanowili barczyści panowie, ubrani w większości w podobne bluzy z kapturami, ich szyje zdobiły złote łańcuchy i szaliki z barwami klubowymi. W rękach mieli butelki piwa i bilety na najbardziej ultras trybunę na stadionie. Wolałem przeczekać ich przemarsz w pobliskim sklepie z płytami. Znałem mniej więcej właściciela, parę razy kupowałem u niego jakieś płyty CD z muzyką. Dziś jednak nie dopisało mi szczęście. On też należał do ultrasów, dziwne, bo w czasie tych kilku moich wizyt u niego nic na to nie wskazywało. Wycofałem się więc zupełnie i poszedłem w kierunku palmy będącej nieoficjalnym symbolem miasta. Zaryzykowałem nieco swoje zdrowie i życie przedzierając się pod jej podstawę. Tam postanowiłem usiąść i pomyśleć nad kilkoma szkicami nowych dziełek. Nic szczególnego nie udało mi się wymyślić, podszedłem więc do pobliskiego muzeum. Swoją drogą zadziwiające jest to, ile w tym moim mieście jest tego typu przybytków kultury. Czyżby mieszkańcy w czyichś oczach uchodzili za wzorzec chamstwa? Właściwie nie zastanawiałem się nad tym głębiej w przeszłości, nie jestem nawet pewny czy w ogóle ktokolwiek starał się rozwiązać problem z bardziej naukowej strony. Gdy byłem już blisko budynków muzealnych do moich uszu zaczęły docierać dźwięki przetworzone przez megafon. Wyraźnie i tu dotarli ci szaleńcy z parku. Szybko zmieniłem swój plan i zszedłem na dół, schody poprowadzono w zapuszczonej do granic możliwości wieżyczce mostu, musiałem niemal biec, taki fetor docierał momentami do mojego nosa. Wróciłem do domu, zjadłem coś na obiad połączony z kolacją, po czym walnąłem się do łóżka.

8.
Po przebudzeniu się następnego rana uznałem, że należy skorzystać z dość ładnej pogody, postanowiłem odwiedzić kompleks leśno-parkowy, znajdujący się ni to w granicach miasta, ni to poza nim. Po szybkim śniadaniu udałem się na przystanek, wiedziałem jak długa czeka mnie podróż, jednak wiedziałem też co czeka mnie na miejscu docelowym. Jazda nie dłużyła mi się wcale, choć do pokonania miałem jakieś 30 parę przystanków. Atrakcje zapewniła mi pewna młoda dama, której dziecko spało sobie w wózku, towarzyszył jej postawny facet, który jak się później okazało był jej bratem. Na początku rozmawiali między sobą, potem kobieta zauważyła sąsiadkę, nie wiem tylko czy z miejsca jej zamieszkania, a może była to tylko jakaś znajoma. Ta druga babka była zdecydowanie starsza, pamiętała jak ta pierwsza dama i jej brat łazili po okolicy robiąc przy okazji różne dziwne rzeczy. Po paru zdaniach rozmowa zeszła na niebezpiecznie grząskie tematy związane z właścicielami kamienic, którzy mają dość niejednoznaczną proweniencję, a ich jedynym marzeniem jest wykurzenie ludzi z ich nieruchomości[2]. Na szczęście białogłowa wysiadła po jakichś 10 minutach gadaniny, w pojeździe zapanował dziwny spokój. Reszta podróży minęła mi dość przyjemnie. Na miejsce dotarłem po mniej więcej godzinie od wyjścia z domu. Wysiadłem na osamotnionym przystanku, który sąsiadował bezpośrednio z terenem zielony, gdzie chciałem spędzić choć część dnia. Przypomniałem sobie, że wiele lat temu na parkingu znajdującym się po drugiej strony od przystanku stało wesołe miasteczko. Z radością miało ono niewiele wspólnego, wszystkie atrakcje były osnute czymś na kształt mgły dziwności, jakby cała ekipa lunaparku przybyła z bardzo daleka do naszego kraju. Nie wiem czemu od razu nasunęło mi się wtedy skojarzenie z podobnym miejscem, nie działającym od lat z powodu zanieczyszczenia środowiska przez elektrownię atomową. Dziś nie wiem czy była to prawda czy tylko mój umysł dziecka działał na jakichś innych falach rejestrując rzeczywistość, po czym przetwarzał ją na swoją modłę. Nie rozwodziłem się więcej nad tym co widziałem na parkingu wiele lat temu, chciałem jak najszybciej pooddychać dobrym powietrzem. Gdy tylko wszedłem w drzewa, w las odczułem kolejną falę jakby nostalgii. Wtedy, wiele lat temu przy ławkach stały kosze przypominające ponury żart architekta. Miały kształt walca, a ich górne części były stylizowane na muchomory. Tak jak w przypadku mało wesołego miasteczka tak i w tym momencie nie wiedziałem czy to co podpowiada mi mózg jest prawdą czy nie. Szczerze mówiąc bałem się nieco swoich wspomnień, bo wynaturzone pewne elementy nie przywodziły za sobą nic dobrego. Szybko odgoniłem od siebie złe myśli, odnalazłem wzrokiem kawiarenkę ukrytą wśród drzew. Wybrałem stolik najbliżej głównej alejki, zamówiłem coś do picia, po czym przystąpiłem do kreślenia szkiców nowych form literackich. Szło mi całkiem nieźle, bowiem nikt mi specjalnie nie przeszkadzał, ot kilka razy podeszła kelnerka z pytaniem czy nic więcej nie potrzebuję. Napisałem wstęp do kilku nowych opowiadanek, w końcu zmęczyłem się na tyle, że postanowiłem wrócić do miasta.





[1] Historia prawdziwa z życia Autora.
[2] Prawdziwa historia, Autor doświadczył podobnego zachowania w autobusie miejskim.

Pozdrawiam!

5.07.2019

Samoloty nad miastem, cz. I, rozdziały 4-6.

4.
Spojrzałem na znajomego, wydał mi się starszy ode mnie o wiele, wiele lat. Z drugiej strony taki efekt mogła wywołać jego wielka, brązowa broda. Zapytał się mnie czy dobrze się czuję, dodał też, że nie spodziewał się mnie w takiej okolicy. Odparłem, że ja mógłbym powiedzieć to samo, w końcu nie sądziłem, że dzielnica spod znaku dolara[1] może być dla niego warta uwagi. Opowiedział mi w skrócie o swoich działaniach po szkole, okazało się, że jeździ do tej dzielnicy z odkurzaczem piorącym. Ludzie z apartamentowców płacą mu nawet 90 złotych za metr dywanu, byle tylko nie rozpowiadał nikomu o skutkach ich imprez. Zdziwiło mnie to bardzo, przecież niektórzy z mieszkańców mogliby wykupić całą redakcję, a co za tym idzie pozytywne relacje dotyczące swojej osoby. Nie chciałem jednak wchodzić za głęboko w temat, możliwe, że to jakiś rodzaj tajemnicy zawodowej czy czegoś w tym guście. Kumpel chyba poznał się co mnie męczy, bo nagle zrobił się dziwnie milczący. Po paru przejechanych skrzyżowaniach wyznał mi cicho, że znalazł sobie partnerkę. Ucieszyło mnie to bardzo, bowiem w szkole nie należał do najfajniejszych gości do umawiania się z nim na randki. Po chwili dodał, że czuje się jak John Lennon, partnerka pochodzi z Japonii, a jej imię w tłumaczeniu na polski oznacza Kwitnącą Wiśnię. Od razu wróciłem do samolotu, teraz musi być już gdzieś nad Rosją. Swoją drogą ciekawe jaka firma lotnicza obsługuje ten konkretny lot. Zbieram bowiem różne gadżety promocyjne, które są rozdawane za darmo na pokładach samolotów. Brakuje mi jeszcze do kolekcji przedmiotów z rejsów do Chin, ewentualnie do Japonii. Jakbym znał przewoźnika, mógłbym spróbować odnaleźć choćby część pasażerów. Może ktoś zabrał do domu te smycze z napisami, brelok czy tym podobne małe gadżety. Kumpel wyrwał mnie z zamyślenia poprzez zadanie mi pytania o to czy z kimś jestem. Odpowiedziałem przecząco, w końcu widywanie się raz na jakiś czas z panią sprzątającą moje mieszkanie nie może zostać uznane za miłość. Kolega znudził się chyba moją obecnością, bowiem na następnych światłach powiedział mi o swoich planach. Nie objął w nich mnie, dlatego zmuszony zostałem do opuszczenia jego wozu.

5. 
Pozbawiony środka lokomocji postanowiłem udać się do pobliskiego pałacyku, w końcu nie codziennie jest się koło tak ciekawych miejsc, do tego w pałacyku założono muzeum związane z lotnictwem. Od razu po przekroczeniu bramy wjazdowej powróciłem do myśli o samolocie. Zacząłem zastanawiać się nad tym, jak to jest przeżyć burzę z piorunami będąc ładnych kilka kilometrów nad Ziemią. Znając mnie i moje uwielbienie dla burz, moja podróż zakończyłaby się w najlepszym wypadku w toalecie, do której nie wpuściłbym nikogo, aż do końca lotu. Z takiego zastanawiania się wyrwała mnie kasjerka, która zażądała, bym zdecydował się na któryś z licznych wariantów zwiedzania. Wybrałem wariant krótki, podziękowałem zołzie i poszedłem w stronę wejścia do muzeum. Strażnik stojący przy drzwiach uznał mnie chyba za podejrzanego, zaczął chodzić za mną krok w krok. Po jakichś dziesięciu minutach takiego śledzenia nie wytrzymałem i zapytałem się go, czemu za mną chodzi. Odparł, że wziął mnie za znanego aktora, który największy swój sukces zaliczył grając w reklamie karmy dla kotów. Zrezygnowany ochroniarz powlókł się na swoje miejsce, a ja mogłem wrócić do rozmyślań o samolocie, patrząc jednocześnie na eksponaty w muzealnych gablotach.

6.
Chodząc tak wzdłuż wyznaczonej trasy zwiedzania dotarłem w końcu do gabloty, której zawartość została bardzo dokładnie opisana już przy wstępie do muzeum, jako największa gratka w tym przybytku kultury. Chodziło o elementy z samolotu jednego z najważniejszych pilotów-oblatywaczy w dziejach, Johna McPhersona[2]. Podobno osobiście przetestował jakieś pół tysiąca maszyn. Z wiedzy podanej mi przy gablocie  w formie krótkiej notki wyszło na to, że samoloty te zdążył przetestować w zaledwie 20 lat swojej służby. Całkiem nieźle, pomyślałem sobie, od razu zauważyłem też, że w ostatnich jej latach skupił się szczególnie na samolotach pasażerskich. Ciekawe czy testował model, który widziałem na niebie będąc na działce. Przeraziłem się trochę, bowiem okazało się, że zginął testując jeden z nowszych modeli Boeinga, akurat taki jakim z reguły odbywa się podróże do Azji. Od razu porzuciłem myśli o wyprawie do Japonii, o ile nie wybiorę innego przewoźnika, z innymi samolotami nie zamierzam ryzykować swojego życia. Lekko zszokowany wyszedłem z muzeum i skierowałem się w stronę przystanku autobusowego.






[1] Swoista przenośnia, choć tak naprawdę nie wiadomo do końca jaką walutą posługują się na co dzień mieszkańcy takich dzielnic.
[2] Postać zupełnie fikcyjna, nie ma sensu przeszukiwać odmętów Internetu. 

Pozdrawiam!

6.07.2018

Jestem mumią.

Dziś wiersz nietypowy, a w przyszłości planuję w podobnej konwencji napisać krótkie opowiadanie.

,,Jestem mumią"

Jestem mumią,
Komunikuję to od razu,
Aby potem nie było niedomówień.

Siedzę sobie na kanapie,
Wyschnięty przez swoje lenistwo,
Nie chciało mi się robić kanapek,
Wziąłem więc i umarłem.

Moja dusza ma jednak lokum,
Wracać może do ciała,
Gdy tylko tego chce,
Jestem jak Egipcjanie,
Wierzący w dom dla swych duchów.

Z telewizora gada i gada,
Kobieta co pluje jadem,
Ten jest okropny do granic,
A tamten święty jak papież.

Cieszę się z bycia mumią,
Świat już mnie nie obchodzi,
Właściwie mija obok mnie.

Kiedyś może mnie znajdą,
W muzeum zamkną na wieki,
Podpiszą wtedy zabawnie:
,,Oto człowiek współczesny!"

4.06.2018
Pozdrawiam!

19.03.2018

Luwr- oglądanie obrazów.

Dziś wiersz będący swoistym powrotem do wycieczki szkolnej, gdzie jednym z punktów programu było zwiedzanie tego znakomitego muzeum.

Dla S.J.

,,Luwr-  oglądanie obrazów"

W tym muzeum oglądanie sztuki,
Stało się samo w sobie sztuką,
Trzeba się nauczyć poruszania w tłumie,
Wszędzie właściwie trzeba się dopchać,
Wcisnąć między aktywnych Ajzatow,
I cała resztę świata.

A najgorzej ma Mona Lisa,
Podziwiana przez szybki smartfonów,
Chyba dzięki temu,
Wyjaśniła się zagadka jej uśmiechu.

14.01.2018
Pozdrawiam!

5.05.2017

Biel czaszki.

Dziś jakby kontynuacja sytuacji z poprzedniego wiersza.

,,Biel czaszki"

Biel czaszki leżącej w gablocie,
Odcina się od czerni muzeum,
Kto był jej posiadaczem?
Kto w niej swe myśli miał?

Księżyc jeszcze dodaje,
Swoją piękną biel,
A ja siedzę i myślę,
Co w głowie mi się tli.

3.04.2017
Pozdrawiam!

2.05.2017

Porada na głupie myśli.

Dziś wiersz do napisania, którego zainspirował mnie kabaret na Koniec Świata. W jednym ze swoich ostatnich skeczy zaproponował taką kurację, ale na nieco inny problem. Najbardziej zniszczyła mnie odpowiedź wuefisty (granego przez pana Sebastiana Stankiewicza), że on nie chce mieć białej czaszki (nie wiem czy dobrze zapamiętałem). Całość wydała mi się na tyle absurdalna, że napisałem ten wiersz.

,,Porada na głupie myśli"

Gdy masz atak tych myśli,
Głupich, że aż strach,
Ja mam na nie pomysł,
Choć trudny może być.

Trzeba bowiem do lasu,
Wybrać się raz, dwa,
A tam znaleźć mrowisko,
Wielkie jak Giewont.

W środek głowę wkładamy,
(Nie wolno cofnąć się),
I z godzinę czekamy,
Aż mrówki zaczną jeść.

W końcu z głowy zostanie,
Jedynie czaszki biel,
Już jesteśmy bez skazy,
Bez myśli w sumie też.

Teraz czaszkę przekażmy,
W Muzeów Wielką Sieć,
,,Oto człowiek bez myśli",
Pod czaszką wrzeszczy wpis.

3.04.2017
Pozdrawiam!