5.07.2019

Samoloty nad miastem, cz. I, rozdziały 4-6.

4.
Spojrzałem na znajomego, wydał mi się starszy ode mnie o wiele, wiele lat. Z drugiej strony taki efekt mogła wywołać jego wielka, brązowa broda. Zapytał się mnie czy dobrze się czuję, dodał też, że nie spodziewał się mnie w takiej okolicy. Odparłem, że ja mógłbym powiedzieć to samo, w końcu nie sądziłem, że dzielnica spod znaku dolara[1] może być dla niego warta uwagi. Opowiedział mi w skrócie o swoich działaniach po szkole, okazało się, że jeździ do tej dzielnicy z odkurzaczem piorącym. Ludzie z apartamentowców płacą mu nawet 90 złotych za metr dywanu, byle tylko nie rozpowiadał nikomu o skutkach ich imprez. Zdziwiło mnie to bardzo, przecież niektórzy z mieszkańców mogliby wykupić całą redakcję, a co za tym idzie pozytywne relacje dotyczące swojej osoby. Nie chciałem jednak wchodzić za głęboko w temat, możliwe, że to jakiś rodzaj tajemnicy zawodowej czy czegoś w tym guście. Kumpel chyba poznał się co mnie męczy, bo nagle zrobił się dziwnie milczący. Po paru przejechanych skrzyżowaniach wyznał mi cicho, że znalazł sobie partnerkę. Ucieszyło mnie to bardzo, bowiem w szkole nie należał do najfajniejszych gości do umawiania się z nim na randki. Po chwili dodał, że czuje się jak John Lennon, partnerka pochodzi z Japonii, a jej imię w tłumaczeniu na polski oznacza Kwitnącą Wiśnię. Od razu wróciłem do samolotu, teraz musi być już gdzieś nad Rosją. Swoją drogą ciekawe jaka firma lotnicza obsługuje ten konkretny lot. Zbieram bowiem różne gadżety promocyjne, które są rozdawane za darmo na pokładach samolotów. Brakuje mi jeszcze do kolekcji przedmiotów z rejsów do Chin, ewentualnie do Japonii. Jakbym znał przewoźnika, mógłbym spróbować odnaleźć choćby część pasażerów. Może ktoś zabrał do domu te smycze z napisami, brelok czy tym podobne małe gadżety. Kumpel wyrwał mnie z zamyślenia poprzez zadanie mi pytania o to czy z kimś jestem. Odpowiedziałem przecząco, w końcu widywanie się raz na jakiś czas z panią sprzątającą moje mieszkanie nie może zostać uznane za miłość. Kolega znudził się chyba moją obecnością, bowiem na następnych światłach powiedział mi o swoich planach. Nie objął w nich mnie, dlatego zmuszony zostałem do opuszczenia jego wozu.

5. 
Pozbawiony środka lokomocji postanowiłem udać się do pobliskiego pałacyku, w końcu nie codziennie jest się koło tak ciekawych miejsc, do tego w pałacyku założono muzeum związane z lotnictwem. Od razu po przekroczeniu bramy wjazdowej powróciłem do myśli o samolocie. Zacząłem zastanawiać się nad tym, jak to jest przeżyć burzę z piorunami będąc ładnych kilka kilometrów nad Ziemią. Znając mnie i moje uwielbienie dla burz, moja podróż zakończyłaby się w najlepszym wypadku w toalecie, do której nie wpuściłbym nikogo, aż do końca lotu. Z takiego zastanawiania się wyrwała mnie kasjerka, która zażądała, bym zdecydował się na któryś z licznych wariantów zwiedzania. Wybrałem wariant krótki, podziękowałem zołzie i poszedłem w stronę wejścia do muzeum. Strażnik stojący przy drzwiach uznał mnie chyba za podejrzanego, zaczął chodzić za mną krok w krok. Po jakichś dziesięciu minutach takiego śledzenia nie wytrzymałem i zapytałem się go, czemu za mną chodzi. Odparł, że wziął mnie za znanego aktora, który największy swój sukces zaliczył grając w reklamie karmy dla kotów. Zrezygnowany ochroniarz powlókł się na swoje miejsce, a ja mogłem wrócić do rozmyślań o samolocie, patrząc jednocześnie na eksponaty w muzealnych gablotach.

6.
Chodząc tak wzdłuż wyznaczonej trasy zwiedzania dotarłem w końcu do gabloty, której zawartość została bardzo dokładnie opisana już przy wstępie do muzeum, jako największa gratka w tym przybytku kultury. Chodziło o elementy z samolotu jednego z najważniejszych pilotów-oblatywaczy w dziejach, Johna McPhersona[2]. Podobno osobiście przetestował jakieś pół tysiąca maszyn. Z wiedzy podanej mi przy gablocie  w formie krótkiej notki wyszło na to, że samoloty te zdążył przetestować w zaledwie 20 lat swojej służby. Całkiem nieźle, pomyślałem sobie, od razu zauważyłem też, że w ostatnich jej latach skupił się szczególnie na samolotach pasażerskich. Ciekawe czy testował model, który widziałem na niebie będąc na działce. Przeraziłem się trochę, bowiem okazało się, że zginął testując jeden z nowszych modeli Boeinga, akurat taki jakim z reguły odbywa się podróże do Azji. Od razu porzuciłem myśli o wyprawie do Japonii, o ile nie wybiorę innego przewoźnika, z innymi samolotami nie zamierzam ryzykować swojego życia. Lekko zszokowany wyszedłem z muzeum i skierowałem się w stronę przystanku autobusowego.






[1] Swoista przenośnia, choć tak naprawdę nie wiadomo do końca jaką walutą posługują się na co dzień mieszkańcy takich dzielnic.
[2] Postać zupełnie fikcyjna, nie ma sensu przeszukiwać odmętów Internetu. 

Pozdrawiam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz