Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkanie. Pokaż wszystkie posty

16.08.2022

Na Wschód.

Nawiązuje w tym wierszu do piosenki zespołu Armia pt. ,,Podróż na Wschód". 

,,Na Wschód"

Na Wschód, od dziś idziemy wszyscy,
Na Wschód, tam Słońce się narodzi,
Na Wschód, tam wszyscy się spotkamy,
Na Wschód, tylko na Wschód!

21.01.2022
Pozdrawiam!

15.05.2022

Przypadkowe poznanie.

Wiersz ten można odnieść do każdego miejsca na świecie, gdzie są jakieś druty kolczaste/mury, zarówno te widzialne jak i nie widzialne. Można też odnieść do wszystkich osób, które mimo ograniczeń, próbują poznać innych, bez uprzedzeń niepotrzebnych. 

Dla S.J.

,, Przypadkowe poznanie"


Przypadkiem tego dnia,
Przekroczyła linię z drutu kolczastego,
Przeszła w rejony wroga,
Tych obcych, jak to mawiała matka.

Strach stopniowo przeradzał się,
W fascynację, ich kultura tak różna,
Od domowych narzuceń.

Dzień za dniem przekraczała siebie,
Swoje dziwne wyobrażenia o tamtych.

Dziś wie już, że za drutem kolczastym,
Ludzie są tacy jak ona,
Poza tym nie mają właściwie żadnych,
Ale to żadnych uprzedzeń.

2.07.2019
Pozdrawiam!

27.03.2020

KPP (Kongres Poezji Polskiej).

Dziś wiersz łączący przeszłość i teraźniejszość. Poza tym są w nim moje wyobrażenia na temat takiej literackiej imprezy.

,,Kongres Poezji Polskiej"

Dziś jadę na spotkanie,
Wielu znakomitych poetów,
W jednym miejscu,
Wykłady, wywiady, rozmowy,
Sztuka z rozwinięciem skrzydeł.

W hali widowiskowo-sportowej,
Już tłum nie do policzenia,
Żąda od twórców niemożliwego,
Dzieł niezwykłych na ich jedno,
Delikatne skinienie dłoni

Wykłady z kolei to porażka jakaś,
Wszyscy prelegenci obstają,
Za tym, by nasza poezja,
Nigdy nie wyszła z pewnych ram
Niezmienność formy naszą siłą.

Uciekłem stamtąd w te pędy,
Krzykiem rozganiałem ciemności,
Już nigdy, już nigdy nie wrócę tam,
Na Kongres Poezji Polskiej.

5.01.2020
Pozdrawiam!

2.03.2020

Dobra rada.

Tym razem wiersz z dobrą radą, jak uniknąć trudnych sytuacji związanych z rozmową w czasie miłego spotkania.

,,Dobra rada"

Unikajcie tematów trudnych,
Zwłaszcza siedząc wesoło przy stole,
Zaraz diabeł weźmie atmosferę,
Dzikość serca zagości na wierzchu.

Unikajcie tematów trudnych,
Po co steki z wyzwisk na talerzu?

Lepiej uśmiech na twarzy umieścić,
Rozmawiając luźno o pogodzie.

Unikajcie tematów trudnych,
Po co przeszłość w nich całą grzebać?

Lepiej w przyszłość patrzeć razem sobie,
Gdzie nie ma już tych tematów trudnych.

5.01.2020
Pozdrawiam!

7.09.2019

Samoloty nad miastem, cz. III, rozdziały 6-8.

6. 
Obudziłem się parę godzin później w kuchni starszego pana. Siedziałem na ładnym, miękkim fotelu. Gospodarz siedział obok mnie z kubkiem herbaty. Uśmiechał się przyjaźnie, po chwili zadał mi jedni pytanie. ,,Czy przychodzisz od swojego Mistrza, mojego bliskiego przyjaciela G.?”. Odpowiedziałem szybko, że nie, jestem tu w celu zasięgnięcia opinii w jednej sprawie ze styku sztuki i finansów. Zdziwił się nieco, po czym zaczął słuchać z uwagą, przedstawiłem mu cały pomysł mojego kolegi, wskazałem jakie zdanie miał o tym przedsięwzięciu G. nawiedzając mnie w śnie. Przedstawiłem mu także swoje zdanie na ten temat. Po chwili myślenia wypowiedział się. Nigdy nie spodziewałem się po tak wielkim twórcy takiej dozy zapału do uczestniczenia wraz ze mną w całej akcji. Stwierdził, że pomysł jest warty uwagi ze względu na możliwość przywrócenia poezji, a także sztuki operowania słowem na zasłużone tory. Umówiłem się z nim na kontakt telefoniczny, gdy tylko zdobędę jakieś nowe informacje w sprawie. Podświadomie wiedziałem już jednak o sprzeciwie, który miał polegać na braku takiej informacji, ewentualnie jako informacji fałszywej. Zszokowany z lekka reakcją mojego organizmu wróciłem uważając bardzo na siebie do domu. W mieszkaniu zjadłem coś bardzo szybko, po czym położyłem się spać. Usnąłem bardzo szybko, męczyły mnie jednak przez jakiś czas mieszające się ze sobą sny. Jeden z nich wiązał się z moim Mistrzem nazwijmy go osobistym, drugi z Mistrzem podziwianym tylko.  W pewnym momencie mój mózg stworzył nieprawdopodobne obrazy z ich udziałem,  przeniósł ich w scenerię znaną z serii gier na konsole, gdzie dwie postaci chodzące do środka ekranu walczą ze sobą wykorzystując techniki wschodnich sztuk walki wsparte kulami mocy i tego typu fantastycznymi elementami[1]. W moim śnie Mistrzowie walczyli przede wszystkim za pomocą słów, układali na szybko mocne rymy, wybijali się wzajemnie z rytmu myśli, nigdy nie wchodzili za to na tereny zakazane, nie obrażali nikogo poza sobą, jeśli w jakimś momencie uznali to za konieczny element walki. Ich obraźliwe linijki nie były jednak chamskie, zawierały w sobie wielką porcję humoru, inteligencji i umiejętności formowania świata słowami. Całość była przesycona absurdem w takim stopniu, że mój mózg w pewnej chwili uznał je za zbyt wielkie, obudziłem się nieco zdziwiony tym, co może wytworzyć ten element ciała człowieka.

7.
Odczekałem kilka godzin do rana, po czym zdecydowałem się na kontakt z Muzą. Połączenie było słabej jakości, wykpiła się otoczeniem gór. Zdziwiony chciałem zapytać ją o miejsce pobytu, w końcu nie pamiętałem, aby miała się przenosić gdzieś z Hansem, a w jego miejscu zamieszkania nie zanotowałem jakichś szczególnie wysokich gór.  Moje osobiste Natchnienie uspokoiło mnie jednak, wewnętrznie czułem, że mimo tego coś jest nie tak. Ostatecznie pozdrowiłem jedynie moja towarzyszkę, kazałem też powiedzieć parę słów Hansowi na temat naszej ewentualnej współpracy w przyszłości. Zdziwiony i nieco zmieszany postanowiłem usiąść do pracy. Miałem w końcu do skończenia kilka ważnych tekstów dla portali literackich, zamówione życzenia z różnych okazji, a także parę wierszy na kilka współczesnych tematów. Cały czas z tyłu głowy miałem parę wspomnień związanych z tą ważną dla mnie i pośrednio dla mojego tworzenia osoby.

8.
Jedno z nich związane było z przeszłością Muzy w pewnym mieście w kraju. Miała wtedy około 20 lat, dała się wciągnąć w niezbyt jasne i czyste interesy pewnego człowieka. Nie ma sensu wdawać się w szczegóły, wystarczy jedynie podać, że uratował ją od zguby pewien ksiądz, od chwili dowiedzenia się o całej sytuacji uznałem, że nie do końca uczciwie wkładałem do jednego worka większość przedstawicieli tej profesji.  Przyjąłem Muzę pod swój dach, gdy tylko dowiedziałem się o jej ucieczce od tego złego człowieka. Na początku spędziliśmy ze sobą jakiś czas na poznawaniu siebie nawzajem. Gdy pierwsze lody puściły zaczęła mi opowiadać jak wyglądało życie z przestępcą. Cały czas bała się o swoje życie, bała się właściwie każdego dzwonka do drzwi, każdej głośniejszej rozmowy na korytarzu. W końcu przepracowaliśmy część ich traum, nigdy jednak nie poznałem jej niektórych, najgłębiej skrywanych tajemnic. Nie naciskałem w nadziei, że kiedyś sama zdecyduje się na zwierzenia. Jak dotąd nic takiego się nie zdarzyło. Nasza współpraca układała się wzorowo. Ona zawsze umiała wprowadzić mój umysł w stan tworzenia, ja z kolei próbowałem dać jej namiastkę bezpieczeństwa. A teraz wyszło na to, że siedząc w kraju tracę kontakt z nią. Nie spodziewałem się po Hansie żadnych złych zamiarów. Może chodziło o jakiegoś rodzaju zmęczenie materiału z jej strony. Nie wiedziałem jak mogę odnaleźć odpowiedź na to pytanie, dlatego zająłem się na powrót pisaniem. Tworzenie szło mi kiepsko, za każdym razem myśli wracały do Muzy i mojej relacji z nią. Postanowiłem wyjść na dwór, może tam skryły się jakieś wskazówki do przeszłości.   



[1] Nawiązanie do prawdziwej serii gier akcji, w których kluczowym elementem jest walka dwóch postaci, ich ruch jest możliwy jedynie do środka ekranu i od środka, w lewo i w prawo.

Pozdrawiam!

1.09.2019

Samoloty nad miastem, cz. III, rozdziały 1-2.

Część III.

1.
Podróż powrotna nie obfitowała w większe problemy. Jedynym mankamentem było nie domykające się okno, przez które do przedziału dostawało się chłodne powietrze, które spowodowało, że czułem zło całego świata na sobie.[1] Po czasie mogłem jednak stwierdzić, że taka sytuacja była wręcz błogosławieństwem. Gdy dojechałem do swojego miejsca, gdzie żyłem zrozumiałem niemal od razu co chciał ode mnie ten znajomy. Plan jaki narodził się w jego głowie można porównać jedynie do wcielenia jakiegoś zwierzęcia w szeregi rządzących[2]. Miałem zostać twarzą, dosłownie twarzą nowej grupy poetyckiej jaka miała niedługo powstać w moim mieście. Na początku uznałem pomysł za zbyt absurdalny, by uczestniczyć w nim. Po namowach znajomego, który w tej dziedzinie osiągnął językowo-logiczne K2, zmieniłem zdanie. Moja rola nie ograniczała się jedynie do sprzedania wizerunku, miałem jeździć po mieście piętrowym autobusem, po drodze przez megafony prezentowałbym swoje wiersze, ludzie idący za autobusem dośpiewywaliby różne zakończenia do utworów, które zdaniem pomysłodawcy miały tworzyć świat absurdu. Po kilku godzinach męczenia mnie przez tego kolesia uznałem, że czas udać się do domu. Tak też zrobiłem. Pierwszy nadjeżdżający tramwaj wchłonął mnie w swoje czeluści, metaforycznie pozbawił mnie głowy[3], po czym wypluł w okolicy mojego poetyckiego gniazdka. Wchodząc po schodach klatki wiedziałem już, że coś jest nie tak. Nie wiedziałem tylko jak bardzo.

2.
Gdy zbliżałem się do drzwi mieszkania słyszałem już nietypowe jak na nie odgłosy. Przekręcając klucz w zamku zrozumiałem kto czeka na mnie w środku. Był to mój Mistrz, od którego uczyłem się tajników pisania wszelkiego rodzaju tekstów. Człowiek ten przerażał wszystkich wkoło, miał jednak do tego taki ładunek charyzmy w sobie, że strach szybko ustępował zaciekawieniu, a jego wywody stawały się wyznacznikiem dla kolejnych lat życia. Kiedy drzwi nie ustępowały pomyślałem sobie o jedynym możliwym wyjaśnieniu, Mistrz zamknął łańcuch. Szybkim ruchem musiał odblokować skrzydło, wpadłem bowiem  z impetem do środka. Mój nauczyciel pochylał się nade mną i coś mówił. Dopiero po chwili zrozumiałem o co chodzi, wiedział już jak sprzedałem swoją sztukę i siebie dla idei niejasnej, niepewnej i co najważniejsze starej. Mentor chwycił mnie za ramię, posadził na fotelu pod oknem i zaczął mnie pouczać. Od razu cofnąłem się w czasie do momentu, gdy oddałem mu swój pierwszy wiersz. Jego ton głosu, zimny niczym wody Morza Północnego, spojrzenie spod krzaczastych brwi, wszystko to porażało. Tym razem chodziło o sprawę o wiele bardziej podstawową,  której nie dało się łatwo poprawić, tak jak złego wiersza. Mój przewodnik rozpoczął wykład o tym, jak źle jest sprzedać siebie i swoją twórczość dla idei, która w żadnej mierze nie pokrywa się z naszymi wewnętrznymi kierunkowskazami. Kiwałem bezmyślnie głową, nie docierało do mnie jednak zbyt wiele, z tego co mówił do mnie ten człowiek-wzór. W końcu dotarło do mnie, że mój Mistrz nie jest z nami już od minimum dekady, uznałem to tak realne widziadło za coś w rodzaju ostrzeżenia. Po ochłonięciu w pewnym stopniu zacząłem się zastanawiać co mogę zrobić. Nie za bardzo wyobrażałem sobie swoją odmowę, uważałem bowiem zgodę wyrażoną za coś obligującego mnie do spełnienia jej. Podejście takie działało szczególnie mocno w przypadku obietnic, które po wstępnym przemyśleniu uznawałem za głupie, nie do spełnienia, jednak w czasie decydowania zupełnie nie miałem takiej świadomości. Moja umiejętność mówienia ,,nie” przypominała mniej więcej możliwość pisania muzyki przy moim braku słuchu[4]. Mimo koszmarnych wspomnień związanych z niedawnym widziadłem zdecydowałem się uczestniczyć w tym upokarzającym jak się później okazało projekcie.



[1] Autor nawiązuje do znanego powiedzenia o wianiu złem (w oryginale bardziej dosadnie).
[2] Porównanie do sytuacji ze starożytnego Rzymu.
[3] Nawiązanie do piosenki Lao Che pt. ,,Życie jest jak tramwaj” oraz ,,Mistrza i Małgorzaty”.  
[4] Autor w przeszłości próbował tworzyć proste melodie w programach komputerowych. Szczególnie upodobał sobie hip-hop, techno i dance. Po pewnym czasie porzucił jednak taką twórczość na rzecz operowania słowem.


Pozdrawiam!

29.08.2019

Samoloty nad miastem, cz. II, rozdziały 13-16.

13.
Zrezygnowany postanowiłem dołączyć do mojej Muzy pod Wiedniem. Wiedziałem już, że w kraju nie powstaną żadne nowe budynki.

14.
Ruszyłem na dworzec, pech chciał postawić na mojej drodze jakiegoś głupka w taksówce. Gdy chciałem przejść przez ulicę on ruszył swoim Passerati, wjechał w kałużę znajdującą się przy krawędzi chodnika z ulicą, a następnie odjechał jak gdyby nigdy nic. Przemoczony niemal do suchej nitki wszedłem na teren dworca. Minąłem grupkę Azjatów, nie mam pojęcia do dziś skąd byli, jednak po intensywności robienia zdjęć mogli być z Japonii. Zrozumiałem też jak może czuć się przedstawiciel jakiegoś mało znanego plemienia z Amazonii czy Afryki, któremu badacz kultury świata próbuje zrobić zdjęcie. Mit o kradzieży duszy człowieka w ten sposób też wydał mi się jakby bliższy prawdy. Sam miałem wrażenie jakbym pod wpływem zdjęć robionych przez tych ludzi stracił część siebie. Może to nie byli Azjaci, a jacyś przybysze podszywający się pod nich? Po powrocie do swojej krainy zbierają kawałki skradzionych dusz i łączą je ze swoimi. Na dalsze rozmyślania nie było czasu, bowiem nadjechał mój pociąg. Miałem nadzieję na przyjemną podróż, rzeczywistość okazała się mniej miła. W środku wagonu, gdzie miałem zarezerwowane miejsce siedziała już cała zgraja kibiców, od razu po wejściu zostałem wypytany o swoje ulubione drużyny. Jakimś cudem udało mi się odpowiedzieć po ich myśli, jednak przez resztę podróży byłem obserwowany. Pewnie chodziło o to jak wyglądałem po spotkaniu z głupkiem w taksówce. Nie miałem specjalnie możliwości przebrania się w lepsze ubrania, siedziałem więc w przedziale w stroju przypominającym uniform hydraulika. Kibice dość szybko odpadli z rzeczywistości po użyciu magicznych płynów z procentami. Dalsza podróż w okolice Wiednia przebiegła bez problemu.

15.
Nad ranem opuściłem pociąg na dość zapuszczonym dworcu. Przywitała mnie fala spojrzeń, widocznie miejscowi nie przywykli do takich widoków jakie im zapewniłem. Dziwne, szczególnie biorąc pod uwagę fakt przebywania na ich terenie malarza, oni podobno mają dopiero gust odzieżowy. Muza powitała mnie przed budynkiem dworca, wysiadła ze starego, choć bardzo zadbanego kabrioletu. Na moje oko mógł to być jakiś model  Austina, za kierownicą siedział chyba malarz, do którego moja towarzyszka dołączyła. Po paru minutach jechaliśmy dość krętymi drogami, do domu Hansa (tak miał na imię malarz), wykorzystaliśmy czas dojazdu na poznanie się nieco bliżej. Hans okazał się być dość podobny do mnie, szczególnie w sposobie korzystania z pomocy Muzy. Widać było, że zmiana otoczenia i artysty działa na nią dobroczynnie.  Bardzo cieszył mnie taki obrót spraw, zwłaszcza mając w pamięci dawne zdarzenia z jej życia.

16.
Spędzaliśmy czas głównie na artystycznych działaniach. Hans korzystał z natchnienia w sposób, jaki nigdy wcześniej nie przyszedł mi do głowy. Szedł sobie na jakiś czas, nieokreślony wcześniej, nasiąkał różnymi zdarzeniami, po czym nie oddawał ich w pełni na obrazach. Tworzył coś na kształt plam pamięci, ja po przesiąknięciu jakimiś zdarzeniami przelewałem na papier ich ubarwione, aczkolwiek dość bliskie oryginałowi szkice. Nauczyłem się przy nim bardziej malarskiego podejścia do pisania, szukałem słów, które stawały się czymś jak u niego kolor, kształt czy intensywność barwy. On nauczył się ode mnie patrzenia na świat w nieco absurdalny sposób, nie zawsze związany z rzeczywistością.  Gdy minął miesiąc wspólnych działań dostałem telefon od mojego znajomego z domu, okazało się, że jestem mu niezwykle mocno potrzebny, jak najszybciej to możliwe. Nie chciał mi nic powiedzieć przez telefon, zrezygnowany opowiedziałem o wszystkim towarzyszom. Uznali, że sami poradzą sobie z odtwarzaniem świata w formie obrazów, mam się nie martwić i załatwiać swoje sprawy. Hans powiedział też, że jeśli tylko będę chciał mogę do niego przyjechać. Podziękowałem dość ogólnie, próbowałem się wykpić, jednak nie za bardzo mi to wyszło[1]. Gospodarz odwiózł mnie na dworzec, po czym zaczekał jeszcze jak pomacham mu z okna wagonu. Zrobiłem to z mieszanką wstydu za swój brak asertywności i smutku, musiałem zostawić ważną dla siebie osobę wraz z mężczyzną, którego uznałem za godnego zastępcę na jakiś czas.



[1] Jak w przypisie 25.

Pozdrawiam!

23.08.2019

Samoloty nad miastem, cz. II, rozdziały 7-8.

7.
Akurat w tamtej chwili nie było zapowiedzi żadnego ciekawego występu. Stwierdziłem, że najlepszym wyjściem będzie pokręcenie się pod symbolem miasta, wielkim drapaczem chmur sprzed wielu lat. W okolicy zawsze kręcili się ciekawi osobnicy, tym razem także trafiłem na jednego. Czuć było już jak blisko zaprzyjaźnił się z butelką, bynajmniej nie soku, widać było, że w kieszeni ma puszkę złocistego napoju, którą z nabożną czcią przytrzymywał sobie ręką. Zadał mi bardzo trudne pytanie, gdzie według mnie ma się schronić, by móc w spokoju wychylić jej zawartość. Spojrzałem na niego jak na dziwaka, on zaczął się nakręcać, pytał czy ktoś mu pomoże, bo pytał co najmniej dwudziestu osób, każdy szedł dalej, udając nieistnienie tego gościa. Ja też nic mu nie mówiłem, szczerze podchodząc do tematu wiedziałem właściwie zero na temat tego jak wypić piwo w mieście i nie być złapanym przez jakieś służby. Gość w końcu odczepił się ode mnie, grzecznie przeprosił za męczenie mnie i oddalił się w sobie tylko znanym kierunku[1]. Odetchnąłem z ulgą, nie byłem w stanie znieść już jego zachowania, jego podejścia do ludzi, którzy mogą nie wiedzieć jak rozwiązać jego problemy. Dla dalszego odprężenia postanowiłem odwiedzić zagrożone do niedawna likwidacją muzeum. Parę miesięcy wcześniej słyszałem o przepychankach słownych i na piśmie między ministrem zajmującym się muzeami, a miastem. Nikt nie chciał płacić zaległości muzeum, powstałych nie wiadomo (w uznaniu obydwu stron) dzięki komu. Ostatecznie niemalże w ostatnim dniu urzędowania tej placówki, gdy większość eksponatów była gotowa do rozwiezienia w parę miejsc w kraju podjęto decyzję, że jednak muzeum może dalej istnieć. Wszedłem do środka, kupiłem bilet, po czym ruszyłem na podziwianie kolejnych sal panoptikum. Szczególnie interesowały mnie stare maszyny do pisania, ze względu na moje zajęcie wydawało się to dość logiczne. Szybko przeczesałem kolejne pomieszczenia, w końcu dotarłem do królestwa z tymi urządzeniami. Niemal wszystkie zrobiły na mnie wielkie wrażenie, choć w podświadomości miałem myśl o małej przydatności w XXI wieku takich maszyn, to świadomość kusiła mnie, abym znalazł jakąś dobrej firmy i nauczył się z jej pomocą tworzyć swoje dzieła. Siedzący do tej pory pod ścianą mężczyzna, pewnie opiekun sali wstał i zaczął zbliżać się w moją stronę. Wyraził zdziwienie, że ktoś chce podziwiać jeszcze takie wytwory ludzkich rąk. Wyjaśniłem mu krótko czym się zajmuje, on z uznaniem kiwał głową, po czym zaproponował mi kupno machiny. Z początku broniłem się, tłumaczyłem jak niewprawionym mogę być użytkownikiem, że mogę zniszczyć taki eksponat. On zaśmiał się i wyjaśnił mi swoje zamiary. Nie chciał sprzedawać niczego z wystawy, miał jeden egzemplarz w swoim kantorku. Podał wstępną cenę, od której zakręciło mi się w głowie. Nie chcąc go urazić obiecałem przemyślenie sprawy, niemal truchtem opuściłem muzeum, wiedziałem już, że raczej tam nie wrócę. Miałem jeszcze nieco czasu przed swoimi codziennymi obowiązkami w postaci pisania kolejnych rozdziałów powieści, postanowiłem więc podejść kawałek do pasażu handlowego, aby popatrzeć sobie na ludzi. Zawsze, gdy jestem w mieście, swoim czy jakimś innym lubię popatrzeć sobie na jego mieszkańców. Wnioskuję zawsze po zobaczeniu kilkudziesięciu, albo nawet kilkuset osób, jaki jest wiodący styl miasta, co jego mieszkańcy lubią robić w wolnych chwilach, ogólnie czerpię inspirację do swoich działań literackich. Tym razem zawiodłem się nieco, główny trzon przechodniów stanowili barczyści panowie, ubrani w większości w podobne bluzy z kapturami, ich szyje zdobiły złote łańcuchy i szaliki z barwami klubowymi. W rękach mieli butelki piwa i bilety na najbardziej ultras trybunę na stadionie. Wolałem przeczekać ich przemarsz w pobliskim sklepie z płytami. Znałem mniej więcej właściciela, parę razy kupowałem u niego jakieś płyty CD z muzyką. Dziś jednak nie dopisało mi szczęście. On też należał do ultrasów, dziwne, bo w czasie tych kilku moich wizyt u niego nic na to nie wskazywało. Wycofałem się więc zupełnie i poszedłem w kierunku palmy będącej nieoficjalnym symbolem miasta. Zaryzykowałem nieco swoje zdrowie i życie przedzierając się pod jej podstawę. Tam postanowiłem usiąść i pomyśleć nad kilkoma szkicami nowych dziełek. Nic szczególnego nie udało mi się wymyślić, podszedłem więc do pobliskiego muzeum. Swoją drogą zadziwiające jest to, ile w tym moim mieście jest tego typu przybytków kultury. Czyżby mieszkańcy w czyichś oczach uchodzili za wzorzec chamstwa? Właściwie nie zastanawiałem się nad tym głębiej w przeszłości, nie jestem nawet pewny czy w ogóle ktokolwiek starał się rozwiązać problem z bardziej naukowej strony. Gdy byłem już blisko budynków muzealnych do moich uszu zaczęły docierać dźwięki przetworzone przez megafon. Wyraźnie i tu dotarli ci szaleńcy z parku. Szybko zmieniłem swój plan i zszedłem na dół, schody poprowadzono w zapuszczonej do granic możliwości wieżyczce mostu, musiałem niemal biec, taki fetor docierał momentami do mojego nosa. Wróciłem do domu, zjadłem coś na obiad połączony z kolacją, po czym walnąłem się do łóżka.

8.
Po przebudzeniu się następnego rana uznałem, że należy skorzystać z dość ładnej pogody, postanowiłem odwiedzić kompleks leśno-parkowy, znajdujący się ni to w granicach miasta, ni to poza nim. Po szybkim śniadaniu udałem się na przystanek, wiedziałem jak długa czeka mnie podróż, jednak wiedziałem też co czeka mnie na miejscu docelowym. Jazda nie dłużyła mi się wcale, choć do pokonania miałem jakieś 30 parę przystanków. Atrakcje zapewniła mi pewna młoda dama, której dziecko spało sobie w wózku, towarzyszył jej postawny facet, który jak się później okazało był jej bratem. Na początku rozmawiali między sobą, potem kobieta zauważyła sąsiadkę, nie wiem tylko czy z miejsca jej zamieszkania, a może była to tylko jakaś znajoma. Ta druga babka była zdecydowanie starsza, pamiętała jak ta pierwsza dama i jej brat łazili po okolicy robiąc przy okazji różne dziwne rzeczy. Po paru zdaniach rozmowa zeszła na niebezpiecznie grząskie tematy związane z właścicielami kamienic, którzy mają dość niejednoznaczną proweniencję, a ich jedynym marzeniem jest wykurzenie ludzi z ich nieruchomości[2]. Na szczęście białogłowa wysiadła po jakichś 10 minutach gadaniny, w pojeździe zapanował dziwny spokój. Reszta podróży minęła mi dość przyjemnie. Na miejsce dotarłem po mniej więcej godzinie od wyjścia z domu. Wysiadłem na osamotnionym przystanku, który sąsiadował bezpośrednio z terenem zielony, gdzie chciałem spędzić choć część dnia. Przypomniałem sobie, że wiele lat temu na parkingu znajdującym się po drugiej strony od przystanku stało wesołe miasteczko. Z radością miało ono niewiele wspólnego, wszystkie atrakcje były osnute czymś na kształt mgły dziwności, jakby cała ekipa lunaparku przybyła z bardzo daleka do naszego kraju. Nie wiem czemu od razu nasunęło mi się wtedy skojarzenie z podobnym miejscem, nie działającym od lat z powodu zanieczyszczenia środowiska przez elektrownię atomową. Dziś nie wiem czy była to prawda czy tylko mój umysł dziecka działał na jakichś innych falach rejestrując rzeczywistość, po czym przetwarzał ją na swoją modłę. Nie rozwodziłem się więcej nad tym co widziałem na parkingu wiele lat temu, chciałem jak najszybciej pooddychać dobrym powietrzem. Gdy tylko wszedłem w drzewa, w las odczułem kolejną falę jakby nostalgii. Wtedy, wiele lat temu przy ławkach stały kosze przypominające ponury żart architekta. Miały kształt walca, a ich górne części były stylizowane na muchomory. Tak jak w przypadku mało wesołego miasteczka tak i w tym momencie nie wiedziałem czy to co podpowiada mi mózg jest prawdą czy nie. Szczerze mówiąc bałem się nieco swoich wspomnień, bo wynaturzone pewne elementy nie przywodziły za sobą nic dobrego. Szybko odgoniłem od siebie złe myśli, odnalazłem wzrokiem kawiarenkę ukrytą wśród drzew. Wybrałem stolik najbliżej głównej alejki, zamówiłem coś do picia, po czym przystąpiłem do kreślenia szkiców nowych form literackich. Szło mi całkiem nieźle, bowiem nikt mi specjalnie nie przeszkadzał, ot kilka razy podeszła kelnerka z pytaniem czy nic więcej nie potrzebuję. Napisałem wstęp do kilku nowych opowiadanek, w końcu zmęczyłem się na tyle, że postanowiłem wrócić do miasta.





[1] Historia prawdziwa z życia Autora.
[2] Prawdziwa historia, Autor doświadczył podobnego zachowania w autobusie miejskim.

Pozdrawiam!

17.08.2019

Samoloty nad miastem, cz. II, rozdziały 3-4.

3.
Dość sprawnie dotarłem do centrum mojego miasta, od razu czuć było jego puls, zupełnie inny niż w mieście, w którym do niedawna byłem z Muzą. Tu wszyscy gdzieś się spieszyli, ewentualnie tworzyli wokół siebie jedynie takie wrażenie. Szybko przypomniałem sobie w jaki sposób należy poruszać się po ulicach, w dość sporej liczbie osób na metr kwadratowy. Wbrew pozorom nie trzeba mieć oczu dookoła głowy, wystarczy odrobina skupienia, by wczuć się w rytm miasta, w rytm żyjących w nim ludzi. Wtedy można dość łatwo niemal w każdej sytuacji przewidzieć  w jaką stronę skręci lub nie mijana przez nas osoba. Postanowiłem przejechać się metrem do zupełnie innej dzielnicy, niż moje miejsce zamieszkania. Droga nie była zbyt trudna, choć przy przesiadce z jednej linii do drugiej należało nieco popatrzeć na znaki umieszczone w dość dziwnych miejscach. Pociąg metra potrzebował zaledwie paru chwil, by dostarczyć mnie wraz z niewielką grupką osób na drugi koniec miasta. Po wyjściu z podziemi przeżyłem mały szok, dość długo nie byłem w tej dzielnicy, a w międzyczasie wiele się zmieniło. Przede wszystkim wyremontowano wiele kamienic, które w czasie ostatniej wizyty wyglądały jakby miały się zaraz zawalić. Teraz większość z nich wyglądała tak, jakby czas się nieco cofnął i znów było dwudziestolecie międzywojenne. Zagwizdałem cicho z uznaniem, widać pieniądze wykładane przez różnych deweloperów nie idą tu na marne. Zdecydowałem ruszyć w kierunku teatru, który znajdował się w okolicy bardzo ciekawego parku. Jego cechą szczególną była dość duża liczba wszelakich cieków, w tym jedno duże jeziorko. Słyszałem kiedyś, że w okolicy może kręcić się Mistrz spotkany nie tak dawno w pociągu. Krok mój stopniowo stawał się coraz bardziej chwiejny, miałem w pamięci to nieszczęsne spotkanie przy WC, nie miałem pojęcia w jaki sposób mam zagaić, jeżeli ten szanowany poeta faktycznie będzie w okolicy teatru. W pewnej chwili moje dywagacje zostały przerwane przez krótkie dotknięcie mojego ramienia. Zdziwiony odwróciłem się i za sobą zobaczyłem roześmianą twarz, po chwili dotarło do mnie, że to zaczepia mnie sam Mistrz. Osunąłem się parę centymetrów do ziemi, jego silne ramię uratowało mnie przed upadkiem i totalną kompromitacją. Jak zza mgły zaczęły docierać do mnie jego słowa, a także zarys miejsca w jakim się znaleźliśmy. Poeta przywlókł mnie do budynku sztuki, właściwie usadowił mnie na krzesełku przed odeonem. Świadomość wróciła mi na tyle, aby spytał się Mistrza co sądzi o moich pracach Ten uśmiechnął się lekko, po czym wsunął mi w ręce moje dziełka, napisał na nich, że nie jestem jeszcze na poziomie jego i jemu podobnych, jednak mam swój styl, ważne jest jedynie to, bym nie ustawał w doskonaleniu swoich umiejętności. Kolejny raz nie byłem w stanie nic powiedzieć, uśmiechnąłem się jedynie w podziękowaniu. Mój mentor poznany w sposób komiczny niemal odwzajemnił uśmiech, po czym powiedział coś na do widzenia. Zdołałem wymamrotać coś na kształt: ,,Żegnaj Mistrzu", po czym osunąłem się na krzesło. Gdy szok minął postanowiłem udać się do pobliskiego muzeum, mogłem tam ochłonąć, jednocześnie przenosząc się w czasie, choćby na godzinę. Panoptikum mieściło się w dość starym, dwupiętrowym budynku, prawdopodobnie po jakiejś fabryce. Gdy tylko wszedłem do środka ogarnął mnie jakiś dziwny wewnętrzny spokój. Pewnie światła wydobywające się z licznych neonów jakie zgromadzono na wystawie tak na mnie podziałało. Poczułem się przez te kilkadziesiąt minut jakie spędziłem wśród tych kolorowych lampionów jakbym był w Las Vegas lub podobnym miejscu, gdzie patrzy się na człowieka raczej od strony kieszeni, a nie całości. Aby w jakiś sposób zadośćuczynić rozrzutnej stronie mojej natury postanowiłem udać się na obiad, a może raczej lunch do pobliskiej, bardzo znanej restauracji[1].

4.
Chęci jak to zwykle bywa stały się moją jedyną bronią, tak jak wcześniej właściwie nie dysponowałem większą kwotą, mogłem co najwyżej popatrzeć sobie na ludzi spieszących do tej knajpy. A było na co patrzeć. Panie w wytwornych wieczorowych niemal sukniach, panowie we frakach, wszyscy w tonach czerni, ewentualnie ciemnych kolorów. Śmieszny wydał mi się przy nich facet, który przyszedł w dresach, pod rękę szła z nim dama, wyfiokowana do granic absurdu, z rzęsami długimi jak moje palce, z ustami wielkimi jak ponton, o biuście nie wspominając. Facet wdał się w pyskówkę z kelnerem stojącym na zewnątrz lokalu, tamten za nic nie wiedział jak ma znaleźć w swoim notesie nazwisko tego faceta. Nagle jak spod ziemi wyłonił się właściciel tego przybytku, wszystkie rozmowy ucichły, ludzie zaczęli patrzeć. Przyglądali się szefowi G[2]. jak urzeczeni, prawdopodobnie awantura przy wejściu wzbudziła jego zainteresowanie. Po chwili facet w dresach z damą wszedł do środka, jego mina mówiła jednak prawdopodobnie tyle, że już nigdy nie zawitają do tego przybytku. Przez chwilę nie mogłem powstrzymać się od śmiechu, oto niemalże kloszard wdrapał się po drabinie społecznej i może zasiąść przy stoliku tej zacnej miejscówki. Moją reakcję musiał zauważyć przechodzący w pobliżu hipster, spojrzał się na mnie dwuznacznie, po czym spytał czy naprawdę nie wiem kto wszedł do restauracji. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie mam pojęcia. Okazało się, że facet w dresach to bardzo znany reżyser[3], który kręci filmy klasy C, przesycone tanim komizmem, doprawione do smaku różnymi mniejszymi i większymi świństewkami. Zdziwiłem się nieco, znany człowiek, a wygląda jakby wynurzył się z odmętów jakiejś zatęchłej bramy. Hipster szybko wyjaśnił mi, że ciuchy reżysera wyglądają jedynie na tanie, w rzeczywistości potrafią kosztować krocie. Teraz musiałem wyglądać wyjątkowo zabawnie, pewnie moja szczęka zawisła jakieś pięć centymetrów nad podłogą z wrażenia, nie wiedziałem nigdy wcześniej o czymś takim jak dresy wyglądające na ostatnie łachy, które kosztują jednak majątek. Zniechęcony do takich luksusów postanowiłem poszukać czegoś na moją kieszeń. Wsiadłem w tramwaj i podjechałem parę przystanków do pizzerii. Prawdopodobnie w moich żyłach krąży mieszanka krwi Włocha i Azjaty, bowiem bardzo lubię zarówno powyższe kultury jak i kuchnie. Zjadłem zamówione danie, wyszedłem na ulicę i stwierdziłem, że pora chyba wracać do domu. Wybrałem tym razem autobus, miał mnie podwieźć pod metro. Na bodajże trzecim przystanku od początku mojej podróży zauważyłem znajomą postać. Była to moja dość bliska znajoma, która zawodowo zajmowała się malarstwem. Chyba zobaczyła mnie przez okno pojazdu, bowiem po otwarciu przez kierowcę drzwi weszła do środka. Przywitaliśmy się dość kurtuazyjnie, nie widzieliśmy się dobrych parę lat. Szybkie przypomnienie wspólnych działań artystycznych na powrót przeniosło nas na dobrą stopę kontaktów. W czasie krótkiej jazdy pod wejście do metra zdążyliśmy porozmawiać nieco o swoich osiągnięciach. Moja znajoma wzbiła się na wyżyny swojego talentu, miała podobno kilka dużych wystaw, a jeden z jej obrazów został nawet zlicytowany za okrągłą sumkę. Aby dorównać jej w osiągnięciach musiałem sztucznie nadmuchać swoje dokonania, popatrzyła na mnie zdziwiona i spytała czy to prawda, w końcu odkąd mnie zna pisywałem raczej do szuflady, ewentualnie dla wąskiego grona odbiorców. Odpowiedziałem jej ze śmiechem, że zna mnie doskonale, chciałem bowiem wypaść w jej oczach lepiej niż te parę lat temu. Uśmiechnęła się tajemniczo, po czym wysiadła na kolejnym przystanku. Nie wiedziałem co miało znaczyć to spotkanie, ani moja próba okłamania jej. W końcu i tak oszustwo wydałoby się w przeciągu kilku godzin. Wystarczyło wpisać moje nazwisko do wyszukiwarki, by w odpowiedzi uzyskać parę moich dyplomów za wiersze, dwa wiersze w antologii i kilka opowiadań zamieszczonych w magazynach literackich dla małych kręgów czytelników. Zanurzyłem się w swoich myślach i wręcz automatycznie dotarłem do swojego domu. Szybko wrzuciłem coś na ząb, poszedłem do wanny na parę ładnych minut, przed snem poczytałem trochę dzieło Mistrza, po czym poszedłem spać.



[1] Szefem był mniej znany człowiek, choć nazwisko jakie nosił miało renomę.
[2] J.w.
[3] Kręci filmy na poziomie muzyki disco-polo. Nikt się nie przyznaje do oglądania, wszyscy jednak znają cytaty czy sceny z tych dzieł. 


Pozdrawiam!

29.07.2019

Samoloty nad miastem, cz. I, rozdziały 20-21.

20.
Po piętnastu minutach spędzonych w tramwaju byliśmy na miejscu. Kolega ze studiów u którego mieliśmy zostać na noc mieszkał w ciekawym budynku, ściętym po bokach, z jednej strony biegło torowisko tramwajowe, z drugiej była wąziutka uliczka. Klatka schodowa zdała mi się najmniejszą na jakiej miałem okazję być. W końcu spłaszczenie kamienicy z dwóch stron musiało wpłynąć także na to miejsce. Gdy weszliśmy do mieszkania znajomego wyszła na jaw jeszcze jedna ciekawa sprawa. Otóż ten mój kolega zajmował lokal położony akurat na zagięciu budynku. Spowodowany w ten sposób ścisk spotęgował mój strach, nie lubię takich sytuacji, gdy mieszkanie okazuje się kiszką na rogu. Po krótkich powitalnych obrzędach przeszedłem do rzeczy, kumpel zgodził się udzielić nam noclegu w zamian za jedną przysługę. Miałem pojechać następnego dnia do pewnej kawiarni po odbiór ważnych dokumentów. Najlepiej byłoby, gdybym wraz z dokumentami przyciągnął za sobą pewnego człowieka, z którym to znajomy planował stworzyć coś na kształt nowoczesnej sztuki teatralnej. Wstępnie rozpakowaliśmy swoje rzeczy, napiliśmy się herbaty, po czym postanowiłem przez parę godzin popracować w samotności. Muza poszła spać nieco wcześniej niż to pamiętałem, miałem okazję do tworzenia, bez jej aktywnego udziału. Mogłem za to podziwiać jej wspaniałe ciało, gdy śpi. Wiedziałem, że muszę o nią dbać, o nią i o jej bezpieczeństwo. Nadal miewała momenty, w których chciała uciekać jak najdalej się da, ścigana swoimi demonami z przeszłości. W końcu i ja zdecydowałem się na sen. Położyłem się obok niej, uważałem bardzo, aby jej nie obudzić, po czym usnąłem wsłuchując się w jej oddech.

21.
Następnego dnia wstałem jak na siebie dość wcześnie, zjadłem lekkie śniadanie, po czym napisałem dla Muzy krótki liścik, w którym wyjaśniam powód tak wczesnego wyjścia. Jednocześnie poradziłem jej co warto zobaczyć w najbliższej okolicy, na samym końcu zaś obiecałem wspólną kolację, w domu kumpla, albo na mieście, zależnie od chęci. Opuściłem kamienicę i podszedłem parę kroków na przystanek tramwajowy. Przez chwilę studiowałem rozkład jazdy, aż w końcu zdecydowałem się na linię numer 5. Za jakieś 10 minut podjechał tramwaj, wsiadłem do niego, zająłem miejsce i wróciłem do samolotu widzianego na działce już dość dawno. Nie umiałem sobie za bardzo wyobrazić czy samolot ten lata tylko do Azji czy może obsługuje też inne połączenia. Cała moja wyprawa zakończyła się po kwadransie, gdy zauważyłem nazwę swojego przystanku wypisaną na wiacie. Musiałem spytać się kioskarza w jakim kierunku mam iść do tej kawiarni, gdzie miałem spotkać się z twórcą. W końcu dotarłem do lokalu, już od progu uderzyła mnie atmosfera, nosząca w sobie dym papierosów, zapach absyntu i pogłosy wierszy wygłaszanych w tych murach ponad wiek temu[1]. Z każdym kolejnym krokiem miałem wrażenie podróży w czasie, pod ścianą znalazłem jegomościa, który był tak niezbędny mojemu znajomemu. Wyglądał na trochę starszego ode mnie, jego wystylizowane wąsy, broda i włosy wzbudziły mój podziw. Idealnie wpisał się w ducha tej kawiarni. Podszedłem do niego z pewną rezerwą, w końcu mógł być jakimś ważnym twórcą w tym mieście. Na początku przetestował moje umiejętności pisarskie, miałem napisać mu na poczekaniu wiersz na zadany temat. Spisałem się chyba nieźle, bowiem twórca zaprosił mnie do stolika, zamówił kawę i ciastko, po czym wysłuchał uważnie co mam mu do powiedzenia. Gdy skończyłem przedstawiać mu powód mojej wizyty, niespodziewanie natknąłem się na ścianę z jego strony. Stwierdził nagle, że niezbędne będzie odwiedzenie jeszcze jednego znajomego, który w tej chwili powinien być w teatrze.



[1] Kawiarnia ta była jedną z najlepiej działających na twórców w przeszłości, do dziś jest synonimem sztuki.


Pozdrawiam!

23.07.2019

Samoloty nad miastem, cz. I, rozdziały 17-19.

17.
Otworzyła mi drzwi niemal od razu, ubrana była w szlafrok przypominający kimono. W mgnieniu oka wróciły do mnie wspomnienia samolotu widzianego nad działką. Chyba mógł do tej pory zrobić nawet kilka kursów w tę i z powrotem. Jednak moja była Muza wyrwała mnie z rozmyślań proponując natchnienie. Początkowo opierałem się, jednak ona przekonała mnie do działania. Siedzieliśmy przy sobie, niezwykle blisko, do rana napisałem z jej pomocą sporo wierszy, coś koło 40. Gdy Słońce oświetliło dachy sąsiednich kamienic, powiedziałem jej o moich planach. Miałem zamiar pojechać do miasta, oddalonego od mojego o jakieś 300 kilometrów, by wchłonąć nieco tamtejszej witalności twórczej[1]. Powiedziała mi, że chętnie ze mną się wybierze, spakowała się bardzo szybko, po czym pojechaliśmy na dworzec kolejowy. Bilety udało kupić się bez większych problemów, godzinę po zakupie siedzieliśmy już w pociągu do tamtego miasta.

18.
W czasie podróży stworzyłem jeszcze co najmniej 20 wierszy, pięć krótkich opowiadań i do tego jeszcze parę wierszy okolicznościowych na różne okazje. Moja Muza napracowała się jak nigdy wcześniej, spała przez resztę drogi do tego miasta. Wyglądałem przez okno, oglądałem mijane krajobrazy i zastanawiałem się czy świat widziany z okien samolotu, lecącego parę kilometrów nad Ziemią jest czymś zupełnie innym, niż świat widziany z okna pociągu. Doszedłem do wniosku, że najpewniej w obserwacjach przeszkadzają chmury. Zamówiłem dla siebie herbatę, a dla Muzy kawę i ciastko u przemykającej korytarzem pani z obsługi pociągu. Jakieś pół godziny przed celem moja Muza obudziła się, z wielką chęcią na pogawędkę. Szybko wybrałem temat, dzięki czemu ostatni etap podróży minął nadzwyczajnie miło. Gdy pociąg zatrzymał się na stacji docelowej nie byłem wcale pewny czy chcę faktycznie poświęcić dzień albo więcej na przebywanie w tym mieście. Jednak była już za późna pora, aby można się było wycofać, żaden pociąg nie wracał tego dnia do mojego domu.

19.
W świetle latarni i Księżyca wyszliśmy z dworca, od razu zaatakowali nas taksówkarze. Nie chciałem jednak aby Muza za długo była wystawiona na ich chamskie zachowania, wsiedliśmy więc do jednej z taryf. Jej kierowca wyglądał jak klasyczny Janusz, moje pierwsze spostrzeżenie potwierdziło się, gdy spojrzałem na jego identyfikator. Właśnie tak miał na imię jak wyglądał. Poprosiłem go o kurs do najbliższego hotelu, Janusz uśmiechnął się niewinnie pod nosem, co w moim odczuciu było przytykiem wobec Muzy i mnie. Nie odpowiedziałem na zaczepkę, chciałem bowiem jak najszybciej znaleźć się w hotelu, by móc skorzystać z obecności tej, która ratowała mnie wiele razy przed kryzysem twórczym. Taksówkarz wiózł nas nadspodziewanie długo, kluczył jakimiś malutkimi uliczkami, licznik niebezpiecznie dochodził do trzeciej cyfry. Krzyknąłem zdenerwowany obrotem sytuacji, Janusz popatrzył na mnie we wstecznym lusterku. Niespodziewanie zahamował stwierdzając, że on nie za bardzo lubi takich szemranych gości jak ja. Podziękował nam niezbyt miłą wiązanką, z której jasno wynikało gdzie powinienem wrócić z moją towarzyszką. Lżejszy o 90 złotych zbliżyłem się do neonu stojącego przy niezbyt nowym hotelu. Gdy zobaczyłem cenę za pokój dla dwóch osób krzyknąłem po raz drugi w czasie tego krótkiego pobytu w tym mieście. Zdecydowałem wykorzystać swoje znajomości, po szybkim telefonie do jednego artysty wiedziałem już gdzie spędzimy tę noc.



[1] W tamtym mieście dawniej funkcjonowały prężnie liczne kawiarnie literackie, kabarety itp.

Pozdrawiam!