Dziś wiersz inspirowany różnymi przekazami z kultury, religii i myśli Wschodu. Do tego pewne elementy zaczerpnąłem z piosenki Pink Floyd pt. ,,Chapter 24".
,,Smak Wschodu"
Usiądź w wygodnej pozie,
Weź to takim, jakie przychodzi,
Potem wyłącz umysł,
Skup się na oddechu.
Teraz połącz się z rytmem Ziemi,
(Minie nawet kilka lat, nim to zrozumiesz),
On wskaże co jest,
On wskaże co będzie,
(W przeszłość nie patrzmy).
Delikatny dźwięk sitaru,
Budzi umysł,
Raz, dwa, trzy,
Jesteś z nami.
Teraz jeśli tylko chcesz,
Możesz z tego świata,
Podróżować w kosmiczne,
Nieznane nikomu,
Swoje dalekie światy.
24.02.2017
Pozdrawiam!
24.03.2017
21.03.2017
Kuchnia 2.
Wracam z pomysłem zrealizowanym jakiś czas temu. Chodzi o wiersz ,,Kuchnia", gdzie nawiązuję w jakiejś mierze do prozy pani Banana (Yoshimoto Banana).
Dla S.J.
,,Kuchnia/Powrót do opowiedzianych historii"
Siedzę sobie w pokoju,
I patrzę na ślady,
Fragmenty światła z kuchni,
Przenikają mój mózg,
Umysł wie, co się zadzieje.
Na razie ślady,
Światło,
Dźwięki z sąsiednich pomieszczeń,
Tworzą spokój.
Nawet w chwili wojny atomowej,
(Grzyb w powietrzu tworzy się jakieś trzy minuty).
24.02.2017
Pozdrawiam!
Dla S.J.
,,Kuchnia/Powrót do opowiedzianych historii"
Siedzę sobie w pokoju,
I patrzę na ślady,
Fragmenty światła z kuchni,
Przenikają mój mózg,
Umysł wie, co się zadzieje.
Na razie ślady,
Światło,
Dźwięki z sąsiednich pomieszczeń,
Tworzą spokój.
Nawet w chwili wojny atomowej,
(Grzyb w powietrzu tworzy się jakieś trzy minuty).
24.02.2017
Pozdrawiam!
18.03.2017
ABC (Dziwne).
Dziś ostatni jak na razie abecedariusz.
,,ABC (Dziwne)"
Andaluzyjskie psy szczekają,
Bo ktoś naruszył ich Królestwo,
Cechy ma takie, że ich nie ma,
Duże do mnie podobieństwo.
Egzamin z życia mam już zdany,
Fałszuję teraz swoje lata,
Gorzej gdy w górę wiek mi skoczy,
Hejnał zagrany w uszy wraca.
Iloraz w głowie mało znaczy,
Jeżeli usta brzydko tną,
Lepiej już milczeć, złoto będzie,
Kretynem wnet się u nich stałem.
Małpa mi w lustrze dziwna siedzi,
Nos ma tam, gdzie moje ucho,
Opiera swoje oczy czarne,
Patrzy, nie patrzy, sam już nie wiem.
Ratuję się ucieczką w noc,
Seler w sałatce mi ciemnieje,
To znak, by kończyć powieść,
Uważać trzeba na portfele.
Wartko się wszystko rozwiązało,
Żaluzję wstydu czas opuścić.
5.03.2017
Pozdrawiam!
,,ABC (Dziwne)"
Andaluzyjskie psy szczekają,
Bo ktoś naruszył ich Królestwo,
Cechy ma takie, że ich nie ma,
Duże do mnie podobieństwo.
Egzamin z życia mam już zdany,
Fałszuję teraz swoje lata,
Gorzej gdy w górę wiek mi skoczy,
Hejnał zagrany w uszy wraca.
Iloraz w głowie mało znaczy,
Jeżeli usta brzydko tną,
Lepiej już milczeć, złoto będzie,
Kretynem wnet się u nich stałem.
Małpa mi w lustrze dziwna siedzi,
Nos ma tam, gdzie moje ucho,
Opiera swoje oczy czarne,
Patrzy, nie patrzy, sam już nie wiem.
Ratuję się ucieczką w noc,
Seler w sałatce mi ciemnieje,
To znak, by kończyć powieść,
Uważać trzeba na portfele.
Wartko się wszystko rozwiązało,
Żaluzję wstydu czas opuścić.
5.03.2017
Pozdrawiam!
15.03.2017
ABC (Alarmujące).
Dziś kolejny abecedariusz w moim wykonaniu.
,,ABC (Alarmujące)"
Alarmujące są te dane,
Bo dużo się poetów rodzi,
Cyfry na szczęście mogą kłamać,
Dlatego jestem dziś spokojny.
Ewentualną konkurencję,
Frazą mą szybko pozagaszam,
Gorąca linia dla poległych,
I takich co też mogą zginąć.
Jeżeli to mnie pokonają,
Kolano zegnę w drugą stronę,
Latawca z siebie łatwo zrobię,
(Muszę załatwić coś w Panamie).
Nowe nadchodzi, nowe idzie,
Odpierać muszę te ataki,
Puchnę sam w sobie, lecz nie z dumy,
Resztę powiedzcie sobie sami.
Sztywny już leżę, Dama wzdycha,
Taki poety smutny koniec,
Ważny bywałem, chamski byłem,
Ugruntowałem sobie los mój,
Za to tam w piekle się poznają,
Żegnaj, nie powiem temu światu.
5.03.2017
Pozdrawiam!
,,ABC (Alarmujące)"
Alarmujące są te dane,
Bo dużo się poetów rodzi,
Cyfry na szczęście mogą kłamać,
Dlatego jestem dziś spokojny.
Ewentualną konkurencję,
Frazą mą szybko pozagaszam,
Gorąca linia dla poległych,
I takich co też mogą zginąć.
Jeżeli to mnie pokonają,
Kolano zegnę w drugą stronę,
Latawca z siebie łatwo zrobię,
(Muszę załatwić coś w Panamie).
Nowe nadchodzi, nowe idzie,
Odpierać muszę te ataki,
Puchnę sam w sobie, lecz nie z dumy,
Resztę powiedzcie sobie sami.
Sztywny już leżę, Dama wzdycha,
Taki poety smutny koniec,
Ważny bywałem, chamski byłem,
Ugruntowałem sobie los mój,
Za to tam w piekle się poznają,
Żegnaj, nie powiem temu światu.
5.03.2017
Pozdrawiam!
12.03.2017
ABC (A kto to?)
Dziś powrót do abecedariuszy, których fanem byłem jakiś rok temu. :)
,,ABC (A kto to?)"
A kto to puka tak od rana?
Bo mogę zaraz wyjąć broń,
Celuję dobrze, choć mam zeza,
Drabie uciekaj więc w podskokach.
Ejże, kochany, to ja znajomy,
Filet zechciałeś ze mnie zrobić?
Gościa poznałem, to swój chłop,
Halowy Mistrzu numer 1.
I tak w te pędy, do piwniczki,
Jedliśmy same pyszne mięsa,
Kęsy zapite dobrym winem,
Legliśmy szybko w tych zaroślach.
Małżonka zbiła mokrą szmatą,
,,No to żeś łajzo sobie nagrabił",
Opity szybko wytrzeźwiałem,
Pakując rzeczy swe do toreb.
Razem z kolesiem w świat idziemy,
Stajemy w miastach na popisy,
Trubadur i jego pomocnik.
Uważnie tylko nas oglądaj,
Warto głosować potem na mnie,
Zegarki nikną w mgnieniu oka.
Żałuję bardzo, proszę sądu.
5.03.2017
Pozdrawiam!
,,ABC (A kto to?)"
A kto to puka tak od rana?
Bo mogę zaraz wyjąć broń,
Celuję dobrze, choć mam zeza,
Drabie uciekaj więc w podskokach.
Ejże, kochany, to ja znajomy,
Filet zechciałeś ze mnie zrobić?
Gościa poznałem, to swój chłop,
Halowy Mistrzu numer 1.
I tak w te pędy, do piwniczki,
Jedliśmy same pyszne mięsa,
Kęsy zapite dobrym winem,
Legliśmy szybko w tych zaroślach.
Małżonka zbiła mokrą szmatą,
,,No to żeś łajzo sobie nagrabił",
Opity szybko wytrzeźwiałem,
Pakując rzeczy swe do toreb.
Razem z kolesiem w świat idziemy,
Stajemy w miastach na popisy,
Trubadur i jego pomocnik.
Uważnie tylko nas oglądaj,
Warto głosować potem na mnie,
Zegarki nikną w mgnieniu oka.
Żałuję bardzo, proszę sądu.
5.03.2017
Pozdrawiam!
9.03.2017
Współczesne voodoo.
Dziś wiersz o tym jak można sobie radzić z codziennością, z jej skrzekiem, jak ja to mówię.
Dla S.J.
,,Voodoo współczesne"
Kiedy w umysł się wgryzie nad ranem,
Taka jedna, parszywa myśl,
To najlepsze co możesz zrobić,
Wstań z łóżka i krzycz.
Niech krzyk będzie pierwotny,
Jak nad morzem mewy skrzek,
Siłą swą mury podniszczy,
Takich małych, kamiennych serc.
Jeśli kiedyś, dawna Twa krzywda,
Nie chce goić się ani krzty,
Nabierz w płuca dużo powietrza,
Stań wysoko i krzycz.
Takie voodoo współczesne stosuję,
Gdy mi smutno, albo źle,
Staję sobie w łazience przed lustrem,
I jak głupek się dziko drę.
Oczyszczony przez takie katharsis,
Wracam jakby zmieniony od środka,
Wiem już w sobie, że krzyk mi pomaga,
Teraz problem zamienia się w mit.
24.02.2017
Pozdrawiam!
Dla S.J.
,,Voodoo współczesne"
Kiedy w umysł się wgryzie nad ranem,
Taka jedna, parszywa myśl,
To najlepsze co możesz zrobić,
Wstań z łóżka i krzycz.
Niech krzyk będzie pierwotny,
Jak nad morzem mewy skrzek,
Siłą swą mury podniszczy,
Takich małych, kamiennych serc.
Jeśli kiedyś, dawna Twa krzywda,
Nie chce goić się ani krzty,
Nabierz w płuca dużo powietrza,
Stań wysoko i krzycz.
Takie voodoo współczesne stosuję,
Gdy mi smutno, albo źle,
Staję sobie w łazience przed lustrem,
I jak głupek się dziko drę.
Oczyszczony przez takie katharsis,
Wracam jakby zmieniony od środka,
Wiem już w sobie, że krzyk mi pomaga,
Teraz problem zamienia się w mit.
24.02.2017
Pozdrawiam!
6.03.2017
O jednorożcach.
Pora powrócić na zapomniane już wody poezji. :) Dziś wiersz inspirowany w jakiejś mierze dokonaniami grupy Pink Floyd.
"O jednorożcach, tęczy i gnomie"
Na jednorożcu dotrę do krańca tęczy,
Tam z gnomem przegram w karty,
Swoje złote zęby.
Potem już bezzębny,
Królem Albanii nie będę,
Zamiast tego gnoma,
Od dzisiaj strzegę tęczy.
Gdy ktoś się do mnie zbliża,
Wyszczerzam się jak zły pies,
Do tego krzyczę jak dziki:
,,Ostrzegam, będę gryzł".
On w śmiechu leży,
Płacze cebulą i czosnkiem,
A ja się patrzę i nie wiem,
Kto tu jest większym osłem.
Mój jednorożec też płacze,
A może smutno rży,
Pisałem ten wierszyk wieczorem,
Jutro napiszesz Ty.
22.02.2017
Pozdrawiam!
"O jednorożcach, tęczy i gnomie"
Na jednorożcu dotrę do krańca tęczy,
Tam z gnomem przegram w karty,
Swoje złote zęby.
Potem już bezzębny,
Królem Albanii nie będę,
Zamiast tego gnoma,
Od dzisiaj strzegę tęczy.
Gdy ktoś się do mnie zbliża,
Wyszczerzam się jak zły pies,
Do tego krzyczę jak dziki:
,,Ostrzegam, będę gryzł".
On w śmiechu leży,
Płacze cebulą i czosnkiem,
A ja się patrzę i nie wiem,
Kto tu jest większym osłem.
Mój jednorożec też płacze,
A może smutno rży,
Pisałem ten wierszyk wieczorem,
Jutro napiszesz Ty.
22.02.2017
Pozdrawiam!
3.03.2017
Śmierć nad Bałtykiem części 9, 10 i 11.
Rozdział 9.
Walczak zdecydował się podjechać do ośrodka leczącego uzależnienia, uznał bowiem, że tylko tam dowie się więcej o tym jak wyglądało życie Joanny vel. Janusza przed operacją. Po kilkudziesięciu minutach utyskiwania na katowickie korki dotarł pod właściwy adres. Ośrodek mieścił się w starym dworku, na oko z końca XIX wieku, farba obsypywała się ze wszystkich ścian, ganek zaś ogrodzony został przerdzewiałym już płotem. –Nieźle, pomyślał nasz bohater, z jednej strony warunki nie do pozazdroszczenia, jednak z drugiej strony uzależnienie najlepiej leczyć chyba szokowo. Wszedł po rozpadających się schodach do hallu, zimno ogarnęło jego ciało, warunki w jakich przyszło mu rozmawiać z lekarzem prowadzącym Joannę nie nastrajały go pozytywnie. Kanciapa lekarska przypominała powiększony schowek na miotły, stary tapczan w rogu i zepsute krzesło nie poprawiały sytuacji. Jednak uśmiechnięta twarz lekarza rozmyła wszystkie niedogodności z nawiązką. –A więc chce pan komisarz prześwietlić sprawę Joanny Krawczyk? Powiem szczerze, że w mojej dość długiej karierze nie spotkałem się z podobnym przypadkiem. Pewnie wie pan, że powodem znalezienia się w naszym ośrodku był alkohol, z kolei problem alkoholowy wyniknął z nieprzebranych warstw samotności i smutku tej osoby. Ja zajmowałem się raczej stanem ciała tej nieszczęsnej osoby, duchem zajmowała się nasza terapeutka, pani Kasia. Mówiąc te słowa lekarz wskazał na drzwi znajdujące się na końcu korytarza, po prawej stronie. Walczak podziękował za te kilka zdań wprowadzenia i skierował się do wskazanego gabinetu. Zapukał w drzwi trzy razy, po czym wszedł i krótko przedstawił cel swej wizyty. –Bardzo mi przykro, zaczął, ale nad Bałtykiem znaleziono ciało pani podopiecznej, Joanny Krawczyk. Uśmiech na ustach pani Kasi zamienił się w grymas łączący w sobie żal i ból. –Jak to się stało? Zdołała wydusić po dobrych kilku minutach, gdy podbródek przestał się jej trząść. –Nie wiem proszę pani, jesteśmy na razie we wstępnej fazie śledztwa, wszystko jak na razie wskazuje na powiązania śmierci pani Joanny z głęboką depresją czy innym rodzajem choroby. Terapeutka usiadła przy biurku ze sklejki. –Joanna była zupełnie innym rodzajem pacjenta, zaczęła powoli i spokojnie mówić. Większość z naszych podopiecznych pochodzi z można ogólnie powiedzieć wieloletnich patologii, dla nich alkohol stanowi sens sam w sobie, właściwie nie szukają żadnej innej przyczyny dla picia. Joanna miała w sobie wielki smutek i samotność. Odrzucona przez rodzinę musiała iść właściwie na ulicę, nie umiała właściwie jeszcze nic, nie miała zawodu. Wybrała drogę, która przyczyniła się do jej chwilowego upadku. Jednak w czasie terapii, przy innych jej uczestnikach otworzyła się najbardziej w swoim życiu. Widać potrzebowała wyżalić się osobom równie pokancerowanym przez życie. Może dzięki nim zrozumiała, że nie jest tak samotna jak sądziła. Kiedyś w czasie indywidualnej terapii powiedziała mi jakie jest jej największe marzenie. Chciała zmienić płeć, przekształcić się w motyla, który do tej pory był zamknięty w kokonie. Pamiętam też jak bardzo potrzebowała pieniędzy. Jak pan wie taki proces kosztuje wiele tysięcy złotych, z NFZ-u nie ma co liczyć na pomoc właściwie. Z tego co wiem jej lekarz prowadzący wzruszył się do tego stopnia, że dał jej pięć tysięcy złotych bezzwrotnej pożyczki. Joasia była wtedy taka szczęśliwa. Potem niestety wszystko się popsuło.
–Proszę mówić jaśniej, poprosił komisarz Walczak. –Widzi pan, nikt poza nami nie miał w sobie na tyle odwagi, by pomóc osobie w potrzebie. Joanna musiała po opuszczeniu kliniki zacząć zarabiać swoim ciałem. Kierownik chciał przedłużyć jej pobyt tu, pisał do kogo się dało, łącznie z ministrem zdrowia. Nikt nie zajął się dalszym losem tej kobiety. Pamiętam jak kiedyś, jeszcze przed operacjami przyszła do mnie. Była cała w siniakach, zadrapaniach, pytałam się jej co się stało. Odpowiedziała, że wywróciła się na schodach. Nie uwierzyłam w te opowieści, postanowiłam śledzić ją po wyjściu z kliniki. To co zobaczyłam przeraziło mnie. Joasia była pracownicą domu publicznego, tego niedaleko zakładu. Widziałam wtedy co jej zrobił ten jej alfons. Bałam się, rozumie pan? Walczak skinął głową, w środku nieco się zagotował. Ile razy w ciągu swej kariery słyszał te słowa. Strach jest jednak najgorszym wrogiem człowieka, nie miał co do tego wątpliwości. Po chwili zachęcił terapeutkę do dalszej opowieści. –Gdybym wtedy jakoś zareagowała, zwróciła się do jakiejś fundacji czy telewizji, może Joanna by żyła, szczęśliwa po całej przemianie. Wie pan, że przyszła do mnie któregoś dnia listopada już jako Janusz Wojtczyk. Usiadła tam, gdzie pan siedzi, spojrzała takim nieobecnym wzrokiem w okno i powiedziała do mnie straszne słowa. Ogólnie chodziło o to, że droga do spełnienia wiodła przez tak cierniste zakręty losu, że właściwie nie cieszy się z operacji. Nie cieszyła się nawet z faktu uwolnienia od alfonsa. W końcu kto by się domyślił, że on to ona? Tu terapeutka zwiesiła głowę, schowała ją później w ramionach. Walczak wiedział już, że nic więcej się nie dowie od niej. Podziękował uprzejmie i pożegnał się serdecznie. Wrócił do auta, wybrał numer do kolegi z miejscowej policji. Szybko ustalił adres domu publicznego, w którym pracowała Joanna.
Rozdział 10.
Miejsce to z dala wyglądało bardzo odpychająco, czerwone rolety, różowe światła widoczne z drogi raczej odpychały go od tego przybytku. Chciał jednak zbadać pewien trop. Zostawił auto z tyłu spelunki, nie chciał kłuć w oczy zamiejscową rejestracją. Skierował się w stronę wejścia, na drodze stanął mu ponad dwumetrowy ochroniarz, szybkie okazanie legitymacji i nakreślenie wizji przyszłości tego miejsca spowodowały skrócenie drogi do szefa tego biznesu. Walczak na wstępie zaznaczył jaki jest cel jego wizyty, nie jest z wydziału obyczajowego, nie powiadomi także kolegów o swoich ewentualnych odkryciach. Szef wyglądał na gangstera pełną gębą, złote łańcuchy i Rolex dodawały blasku jego więziennym tatuażom. Ruchem ręki odprawił ochroniarza, który dość obcesowo przywitał komisarza. –Cieszę się bardzo na goszczenie tak wspaniałego gościa. Do tego z tak daleka. Czy napije się pan komisarz jakiegoś alkoholu? Mamy duży wybór. Komisarz pokręcił przecząco głową, po czym wskazał na kluczyki od auta. Szef speluny pokiwał ze zrozumieniem głową. –Kumam, nie chce się pan zabawić. Szkoda, na pewno znalazłby pan sobie jakąś fajną panienkę do towarzystwa. Widzę, że powody są chyba dość poważne. –To prawda, odparł Walczak, chcę się dowiedzieć co działo się z niejaką Joanną Krawczyk. Podobno pracowała dla was. Szef uśmiechnął się jak to potrafi tylko prawdziwa szuja. –Tak, pamiętam tę sukę. Była ostra, miała w sobie dużo testosteronu. Inne dziewczyny mówiły, że chce sobie doprawić jaja. Wyobraża pan sobie jak wzrosłyby jej akcje w tym biznesie. Nasz bohater nie wytrzymał tych słów i walnął szefa domu publicznego w splot słoneczny. –Jeszcze moment i puszczą mi nerwy, wysyczał groźnie. Tamten nieco oszołomiony podniósł się z ziemi i zaczął rozmasowywać obolałe miejsce. Gadaj gnido kto był jej alfonsem, co się z nim stało, czy szukał jej jak uciekła z tego biznesu, wypowiedział bardzo szybko te pytania Walczak.
Po paru chwilach i jeszcze kilku kontrolnych ciosach w splot słoneczny komisarz wiedział już wszystko, co chciał. Niestety jego teoria o udziale alfonsa Joanny w jej zabójstwie legła w gruzach. Zajmujący się nią Rumun został zastrzelony przez członka miejscowej mafii, za rzekome długi wobec niej. Walczak postanowił zamknąć etap Katowicki i wrócić nad morze. Dostał bowiem sygnał o kobiecie, która rozpoznała w denacie osobę, która pomieszkiwała u niej jakiś czas przed śmiercią.
Rozdział 11.
Nasz bohater po przyjeździe do rodzinnego miasta poszedł na plażę. Chciał pooddychać świeżym powietrzem, a dodatkowo wczuć się w emocje Joanny. Jednak obowiązki wzywały i po godzinie musiał udać się do domu położonego niedaleko plaży. Przywitał się z właścicielką, po czym przeszedł do rzeczy. –Czy kojarzy pani Janusza Wojtczyka, tego zmarłego znalezionego na plaży? Podobno pomieszkiwał u pani. Starsza kobieta po chwili namysłu zaczęła mówić. –Tak pamiętam tego człowieka, był taki cały zamyślony, uprzejmy, miły, ale pogrążony w swoich myślach. –Czy mówił pani o jakichś swoich problemach? Spytał komisarz. –Wie pan, tak było. Nie wiem tylko czy mogę o tym mówić? Nasz bohater skinął głowę dając znak, by kobieta mówiła. –Po jakichś dwóch tygodniach u mnie, gdy usłyszał wszystko o mnie postanowił opowiedzieć o sobie. Powiedział, że urodził się jako kobieta, chyba Joanna, opowiedział o tym jak rodzina odrzuciła go, opowiedział o domu publicznym, o odwyku. Na początku przeraziłam się nieco, nie wiedziałam jak mam postępować wobec takiej sytuacji. Jednak po pewnym czasie zrozumiałam jak ważne było dla niej samospełnienie. Nie oceniałam jej wyborów, nie chciałam dawać rad. Któregoś dnia pan Janusz uregulował swoje rachunki, po czym poszedł w nieznane. Jakieś parę dni temu dowiedziałam się od koleżanki, że znaleziono ciało na plaży. Jak skojarzyłam wszystkie fakty od razu zadzwoniłam do was. Komisarz pożegnał się z kobietą, podziękował jej za zrozumienie dla denata. Po chwili odebrał telefon z kostnicy. Dzwonił technik by przekazać straszne wieści. Janusz Wojtczyk poszedł nad morze, zniewolony swymi demonami, swą przeszłością po prostu zastygł na wieczność. Technicy kryminalni byli w szoku. Nasz bohater po ustaleniach jakie poczynił nie był zdziwiony. Skierował się na plażę, by jeszcze raz poczuć obecność ducha Joanny.
Pozdrawiam!
28.02.2017
Śmierć nad Bałtykiem część 7 i 8.
Rozdział 7.
Walczakowi znalezienie kliniki zabrało nadspodziewanie dużo czasu. Nie zdziwił się jednak powodom tej sytuacji, w końcu w tym kraju lepiej żyć według z góry ustalonych reguł. Wszedł do małej poczekalni, zapach świeżych igieł świerku podrażnił nos komisarza, musiał bardzo się skupić, by nie kichnąć. Po chwili podszedł do kontuaru, za którym stała blondynka z przyklejonym do ust sztucznym uśmiechem. Przywitała się po czym zaczęła litanię zachęcającą do skorzystania z ich usług. –Proszę pani, przerwał oschle komisarz, chcę się dowiedzieć, czy w tej klinice można dokonać zmiany płci? Recepcjonistka zamilkła w pół tonu, dało się słyszeć jej ciężkie westchnienie. –Nie mogę udzielać takich informacji bez porozumienia z kierownikiem. –Proszę wskazać mi drzwi od jego gabinetu, powiedział Walczak wyciągając jednocześnie legitymację. Blondynka trzęsąc się jak galareta ruszyła po schodach, za nią poczłapał znudzony komisarz. Po otwarciu drzwi dało się słyszeć pomruk rozkoszy. Prawdopodobnie kierownik zabawiał się z którąś z pracownic. –Pani Kasiu! Krzyknął przerażony, przecież mówiłem, by nikogo pani nie wpuszczała. Przeklął przy tym siarczyście, bowiem panienka odskakując od niego wbiła mu w nogę szpilkę. –Proszę się uspokoić, powiedział komisarz, jestem tu w sprawie służbowej, za dziesięć minut mnie nie ma, może pan wtedy wracać do swoich uciech. –Kim pan jest, że wchodzi bez zapowiedzi?! Legitymacja błysnęła przed oczami kierownika. –Won! Krzyknął do pracownic, które czmychnęły jak najszybciej mogły na swoich osiemnastocentymetrowych szpilkach. –Co sprowadza pana posterunkowego w moje skromne progi? Czyżby policja szykowała nowy rodzaj sił? Figlarny uśmiech zastygł kierownikowi na ustach, gdy Walczak zerwał się i zbliżając twarz do twarzy tamtego wycedził: -Po pierwsze jestem komisarzem, po drugie ja tu zadaję pytania, a po trzecie nie chcesz mieć na karku Inspekcji Pracy? Kierownik zapadł się w swój skórzany fotel. –Przepraszam, nie znam się na tych wszystkich sprawach związanych ze stopniami w policji. Walczak udał, że nie słyszy skomlenia kierownika. –Czy operowała się u was niejaka Joanna Krawczyk, później nazywała się Janusz Wojtczyk? Kierownik przełknął ślinę. –Nie wiem czy mogę mówić o tak prywatnych sprawach bez odpowiednich papierów, zła mina komisarza naprowadziła go na dobry tor wypowiedzi. Wydaje mi się, że nazwisko to jest mi znane, jednak muszę zejść do archiwum, by mógł pan zorientować się szerzej w sprawie. Walczak skinął głową, po czym polecił kierownikowi wrócić w ciągu pół godziny, inaczej zawiadomi Inspekcję o traktowaniu podwładnych. Tamten spędził w archiwum może dziesięć minut, po których wrócił z naręczem aktówek. –Proszę panie władzo, tu są wszystkie dokumenty od przyjęcia pacjentki na wstępne badania, aż po wypis kończący procedurę.
Rozdział 8.
Nasz bohater w żołnierskich słowach pożegnał kierownika, dając mu do zrozumienia, że potrzebuje kilku godzin na zapoznanie się z aktami. Tamten z fałszywym uśmiechem zgodził się udostępnić swój gabinet na nieograniczony czas. Walczak po odprawieniu kierownika wzrokiem zagłębił się w lekturę dokumentacji medycznej. Po dwóch godzinach wiedział mniej więcej jakie relacje panowały w domu Joanny, gdy powiedziała rodzicom o swoim zamiarze. Po wylewie matki została siłą wyrzucona przez ojca na bruk. Nie mając oparcia w nikim z rodziny musiała zwrócić się w stronę ciemnej strony miasta. Komisarz domyślił się w jaki sposób musiała zarabiać na swoje utrzymanie, a także na oczekiwany zabieg, który miał zmienić jej życie. Przy dokumentach dotyczących odwyku Joanny nie wytrzymał. Wstał nagle wydając z siebie niepohamowany krzyk rozpaczy. Krzyk jaki mogła wydawać ta dziewczyna, uwięziona w ciele przeciwnej płci. Wybiegł z biura kierownika, skierował się na dół, do recepcji. Dopiero tam po kilku głębszych wdechach i policzeniu do dziesięciu mógł pożegnać się z recepcjonistką i ruszyć do auta.
Pozdrawiam!
25.02.2017
Śmierć nad Bałtykiem część 5 i 6.
Rozdział 5.
Tak okropnego śniadania i kawy komisarz nie życzyłby nikomu, nawet temu bufonowi Nowakowi, szybko pozbył się wspomnień z rana wyjeżdżając służbowym autem na drogę krajową w rytm ulubionych kawałków hard rocka. Na pierwszym MOP-ie wybrał numer do żony, oczywiście nie odebrała, jak to ona. Spróbował drugi i trzeci raz, nadal nic. Trudno stwierdził oschle, przecież i tak wszyscy wiedzieli o jego romansach, to kwestia dni jak rozstanie się z Danusią. Kolejne połączenie było przychodzące, Walczak zdziwił się kto tak wcześnie może dzwonić, dzwonił kolega z Katowic, ustalił mu pierwsze fakty dotyczące denata. –Słuchaj stary, zabrzmiało utarte pozdrowienie, mam kilka newsów odnośnie tego denata z plaży. Możesz nie uwierzyć, ale jeszcze jakieś pięć lat temu ten cały Wojtczyk miał na imię Joanna, a na nazwisko Krawczyk. Komisarz Walczak zaniemówił na dobre kilka minut. –No tak, pomyślał, karta wystawiona na kobietę mogła być jednak ważnym tropem w sprawie. Kolega z Katowic opowiedział w skrócie czego dowiedział się o denacie w prywatnej przychodni specjalizującej się w zmianie płci. Janusz Wojtczyk vel. Joanna Krawczyk przez wiele lat borykał się z wielką samotnością, trudną do opisania osobie rozrywanej towarzysko. Ostatnie dwa lata przed zabiegiem spędził w klinice leczenia uzależnień, bowiem popadł w alkoholizm. Po wyjściu z odwyku skierował się za radą terapeutki do tej prywatnej przychodni, czekał około pół roku na wyniki wstępnych badań lekarskich, opinię psychologów itp. Pozytywne przejście tego etapu dało mu szansę na odnalezienie się w meandrach społeczeństwa, które w dużej mierze za swój podstawowy cel wybrało sobie niszczyć inność. Walczak podziękował dość wylewnie za przekazanie istotnych informacji, po czym ruszył w dalszą drogę.
W drogę do domu samotnego człowieka.
Rozdział 6.
Nasz komisarz dotarł do Katowic z dość obcesowymi wyrazami na ustach, ilość remontów dróg, mostów, ulic, rond i podobnych elementów infrastruktury doprowadziła go niemal do szału. Jednak w momencie zjechania w ulicę przy której mieszkał denat przypomniał sobie, po co w ogóle znalazł się w tym mieście. Uspokoił oddech, policzył do dziesięciu, to zawsze sprawiało mu ulgę po zdenerwowaniu. Podszedł do domofonu, wybrał wskazany przez kolegów numer mieszkania i czekał. Po jakiejś minucie w głośniku usłyszał męski głos. –Słucham, z kim mam przyjemność? –To ja komisarz Walczak, rozmawiałem z panem parę godzin temu. Brzęczyk otwierania drzwi wskazywał na chęć współpracy. Nasz bohater wsiadł do windy, wybrał numerek 5 i czekał, aż piszcząca maszyna zawiezie go na wybrane piętro. Po wyjściu szybko zlokalizował mieszkanie numer 56, nacisnął przycisk dzwonka i czekał. Znów minęła co najmniej minuta, nim zza zamkniętych drzwi doszedł go odgłos przesuwanego po podłodze przedmiotu. Po otwarciu drzwi przez mężczyznę okazało się, że ma około 70 lat i porusza się przy pomocy chodzika. –Witam pana komisarza, zaczął rozmowę mężczyzna, mam nadzieję, że podróż minęła bez większych przeszkód? –Oczywiście, również witam pana serdecznie, choć przynoszę niezbyt dobre wieści. –Panie komisarzu, w mojej sytuacji nie ma złych wieści. Walczak poczuł się zbity z tropu, do tej pory właściwie każdy rodzic, do którego przychodził z informacją o śmierci dziecka reagował choć odrobinę inaczej niż ten człowiek. –Pewnie dziwi się pan komisarz, czemu tak mówię, odparował jakby czytał w myślach innych osób, otóż moje dziecko, moja Joasia przestała istnieć. Nie ma jej, teraz nawet nie wiem, czy tak naprawdę kiedykolwiek była. Jakie wieści pan komisarz dla mnie przynosi? Walczak przełknął ślinę, pracował w wydziale zabójstw ponad dziesięć lat, ale postawa ojca denata zaskoczyła go bardzo. –Pana dziecko nie żyje, znaleziono jego ciało nad Bałtykiem. Starszy mężczyzna uśmiechnął się lekko, podszedł do okna i wyglądając przez nie powoli zaczął mówić. –Panie komisarzu odkąd Joasia postanowiła zrealizować tę fanaberię wszystko się zaczęło psuć. Moja żona, Halina, gdy dowiedziała się o jej planach doznała tak wielkiego stresu, że wszystko zakończyło się wylewem. Do dziś właściwie nie doszła do siebie. Leży w drugim pokoju, ma sparaliżowaną lewą część ciała, słabo mówi, jest wrakiem człowieka.
I to przez tę przeklętą dziewczynę, co zachciała być facetem! Starszy mężczyzna zaczął krzyczeć, przeklinał wszystko z tego świata, a najbardziej swoją córkę, za dążenie do spełnienia wewnętrznego. Komisarz Walczak postanowił przeczekać atak szału staruszka w korytarzu, obejrzał dość dokładnie zdjęcia Joanny. Niemal wszystkie przedstawiały ją w dość młodym wieku, tak na oko między 10 i 16 rokiem życia. Komisarz wysnuł wniosek, że po 16 urodzinach w jej głowie zaczęła kiełkować myśl, czy jest podobna do rówieśników czy może jednak nie. Walczak wrócił do pokoju, starszy mężczyzna był już spokojny. –Przepraszam pana, jest pan na służbie, przejechał pan tyle kilometrów, by przywieźć mi informacje o tej osobie, może wypijemy razem chociaż herbatę? –Nie dziękuję, muszę jeszcze skontaktować się z miejscowym posterunkiem policji, skłamał łatwo komisarz. –Rozumiem, nie będę w takim razie naciskał. Do widzenia. Po pożegnaniu się z mężczyzną nasz bohater udał się do samochodu. Usiadł na fotelu kierowcy i zaczął myśleć nad losem tego człowieka, samotnika znalezionego na plaży. Nikt tak naprawdę nie wiedział co dzieje się w duszy tej kobiety. Po paru minutach postanowił sprawdzić jeszcze jeden trop, prywatną klinikę specjalizującą się w zmianie płci.
W końcu zależało mu na wyjaśnieniu czy Wojtczyk zmarł na skutek działania osób trzecich czy po prostu znużony walką w swym życiu postanowił je zakończyć.
Pozdrawiam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)